Polityka

Atak na kościół, czyli świnie w błocie

leszek jażdżewski kościól pis

Jak zwykle w Polsce najbardziej opłacalna jest walka z wrogiem wyimaginowanym. Bo z takim wymyślonym przeciwnikiem można stawać w szranki bohatersko, widowiskowo i bez żadnego ryzyka. Dlatego PiS wciąż walczy z wrogiem, którego samo tworzy, a wy się na to nabieracie.


Partia słusznie rządząca nie od dziś wojuje wyłącznie z własnym wyobrażeniem o wrogu, a nigdy nie walczy z konkretnym przeciwnikiem. Dzieje się tak od dawna: od kiedy Porozumienie Centrum braci Kaczyńskich skonfliktowało się z własnymi kolegami z AWS, odkąd Antoniemu Macierewiczowi pozwolono na swobodny dostęp do zakamarków jego własnego umysłu, od czasu gdy koalicja PO-PiS rozpadła się zanim jeszcze powstała, odkąd Jarosław Kaczyński zaczął walczyć z własnym wicepremierem Andrzejem Lepperem i od kiedy politycy powiedzieli wam, że w ogóle obchodzi ich dobro naszego kraju.

W poprzedniej kampanii wyborczej Jarosław Kaczyński sam zaczął nieistniejący praktycznie w Polsce temat emigracji z Bliskiego Wschodu tylko po to, by walczyć z wykoślawionym przez siebie obrazem tego problemu. Z imaginacją, w myśl której wszyscy uchodźcy to terroryści przenoszący choroby, a każdy obcy jest dla nas zagrożeniem. To nieetyczne, to okrutne i szkodliwe, ale podziałało – dziś w Polsce niefajnie jest mieć inny kolor skóry i mówić w innym niż polski języku.

W obecnej kampanii wyborczej Kaczyński zaczyna walczyć w obronie najbardziej uciśnionej i dyskryminowanej w Polsce organizacji – Kościoła katolickiego. Za sprawą wykładu redaktora naczelnego pisma „Liberté” Leszka Jażdżewskiego partia stworzyła sobie kolejne wyobrażenie przeciwnika i dzięki walce z nim zamierza wygrać wybory.

Streszczę, bo przecież nie każdy śledzi to, co dzieje się na Uniwersytecie Warszawskim w długi weekend majowy. I słusznie! Od tego macie mnie, żebym w skrócie przedstawił wam wydarzenia, przez które ministrowie polskiego rządu nie mogą spać i bełkoczą coś o antykatolickiej nawale i stawiają wyimaginowany bagnet na wymyśloną broń, bo niczego innego do pionu już chyba postawić nie umieją.

3 maja swoje przemówienie na UW miał Donald Tusk, a supportem dla niego był właśnie nieznany wcześniej w mainstreamie Leszek Jażdżewski. I to z powodu jego słów wybuchła w Polsce nowa wojna pozorowana. Bo Jażdżewski przysłonił Tuska mówiąc rzeczy w zasadzie zwyczajne i oczywiste. Powiedział m.in.: – Kościół katolicki w Polsce, obciążony niewyjaśnionymi skandalami pedofilskimi, opętany walką o pieniądze i o wpływy stracił moralny mandat do tego, żeby sprawować funkcję sumienia narodu.

Dodał też: – Agendę tematów dnia układają nam dziś cyniczni wrogowie nowoczesności, czarnoksiężnicy, którzy liczą, że przy pomocy zaklęć i manipulacji złymi emocjami, będą w stanie zdobyć władzę nad duszami Polaków. Ale rywalizacja na inwektywy i na negatywne emocje z nimi nie ma sensu, dlatego że po kilku godzinach zapasów ze świnią w błocie orientujesz się, że świnia to lubi (całe wystąpienie przeczytasz tutaj).

No i się zaczęło.

– Każda ręka podniesiona na Kościół to ręka podniesiona na Polskę – ogłosił Jarosław Kaczyński.

Patryk Jaki, wiceminister sprawiedliwości, był łaskaw stwierdzić, że „ten haniebny atak był wyreżyserowany, nieprzypadkowy, gdzie Kościół został porównany do świń”. Pominę tu wątpliwą elegancję gramatyczną tego zdania i uzupełnię, że według Jakiego żaden wierzący w Boga człowiek nie powinien głosować na Koalicję Europejską (czyli Platformę i przyległości).

– To przejaw nienawiści i piętnowania ludzi wierzących – powiedział z kolei rzecznik Konferencji Episkopatu Polski ks. Paweł Rytel-Andrianik.

– wulg.publ.atak – to z kolei słowa (?) Krystyny Pawłowicz, posłanki PiS, która posługuje się w internecie zadziwiająco koszmarną wariacją polszczyzny, a i na żywo robi masę błędów.

Mariusz Błaszczak, aktualnie szef resortu obrony, a w przyszłości prawdopodobnie szef Ministerstwa Szczęścia i Pomyślności nazwał słowa Jażdżewskiego „haniebnymi” i dodał, że Jażdżewski „pokazał, z jaką pogardą odnosi się do ludzi, do chrześcijan, do katolików w Polsce. To były inwektywy, to nie była krytyka taka, jaka przystoi ludziom na pewnym poziomie”.

A niejaki poseł Mosiński z PiS burknął coś o christianofobii i złożył do prokuratury doniesienie na „przestępstwo przeciwko porządkowi publicznemu”, za które grozi do 3 lat więzienia. Bo w Polsce nie wolno wyrażać własnej opinii i ganić pedofilów. Tak to odbieram.

Od Jażdżewskiego, który miał być supportem dla siły politycznej Donalda Tuska, natychmiast odcięli się też politycy Platformy, PSL i innych przystawek. Co w sumie jest znamienne dla największej siły opozycyjnej, której największym lękiem jest posiadanie jakiegokolwiek kręgosłupa.

Dobra, wystarczy. Wróćmy do tego pewnego poziomu, o którym mówił nieoceniony Błaszczak. Wydaje mi się, że ludzie na pewnym poziomie rozumieją zdania w języku ojczystym i ogólnie nie bywają funkcjonalnymi analfabetami. Leszek Jażdżewski, mimo że jest – w przeciwieństwie np. do mnie– niestety inteligentem, wcale nie wyraża się językiem przesadnie skomplikowanym. Wydaje mi się, że treść jego przemówienia powinien zrozumieć przeciętnie ogarnięty gimnazjalista, nie mówiąc o ministrach polskiego rządu.

A gdyby taki gimnazjalista – wzorem ministra Jakiego – zrozumiałby tyle, że Jażdżewski nazwał katolików świniami dostałby pałę z czytania ze zrozumieniem i do tego ze znajomości literatury.

„I learned long ago, never to wrestle with a pig. You get dirty, and besides, the pig likes it” (Nauczyłem się, by nigdy nie siłować się ze świnią. Tylko się ubrudzisz, a świnię będzie to cieszyć)– to słowa George’a Bernarda Shawa, irlandzkiego dramaturga, które – no kurwa, czy ja naprawdę muszę to tłumaczyć? – mówią o bezsensowności sprzeczki z głupcem i które zacytował Jażdżewski.

To samo mówił też Mark Twain, dzięki któremu każdy kto umie czytać miał wspaniałe dzieciństwo: – Nigdy nie dyskutuj z idiotą. Najpierw sprowadzi cię do swojego poziomu, a potem pokona doświadczeniem.

Pokrewne porzekadło mają też inni niż Twain Amerykanie: – Nigdy nie graj w szachy z gołębiem. Przewróci wszystkie figury, nasra na szachownicę i będzie dumny z wygranej.

Gdyby Jażdżewski sięgnął akurat po cytat z Amerykanów zamiast z Irlandczyka, Patryk Jaki ogłosiłby z mocą całego rządu Rzeczypospolitej, że Kościół nigdy nie srał na szachownicę i każdy, kto mówi o domniemanym sraniu, na ten Kościół rękę podnosi.

Jeśli dobrze pamiętam, to pojęcie metafory przerabia się już we wczesnych latach szkoły podstawowej, panie ministrze.

Ad rem (to panie Patryku po łacinie „do rzeczy”, jest coś zbliżonego do „meritum”, co z kolei w języku polskim oznacza sedno sprawy. „Sedno” to natomiast słowo oznaczające istotę rzeczy, jej jądro. Nie, nie to jądro i proszę go nie dotykać! Przestań! O inne jądro chodzi, czyli o myśl przewodnią).

Być może pan Patryk i pan poseł od donosów faktycznie nie rozumieją kilku zdań na krzyż i kłopot sprawia im na przykład przeczytanie „Tele Tygodnia” – nie wiem, nie chcę wyrokować i zgadywać. Ale o tym, zdaje się, usiłują mnie obaj przekonać, perorując (Patryku – przemawiając) że katolicy zostali nazwani świniami.

Nie, nie zostali. Ten cały Jażdżewski powiedział tyle, że politycy sprowadzają nasz społeczny dyskurs do szamba (metafora, panie ministrze!) i nie ma co z nimi się kłócić na ich warunkach.

A ja uważam, że niemożliwym jest, by wszyscy w partii nie rozumieli języka polskiego. Dlatego myślę, że wykorzystali faceta, który przyćmił Donalda Tuska do uderzenia w Tuska. Bo Jażdżewski przyćmił byłego premiera bezapelacyjnie i – co zabawne – nie mówiąc wcale nic kontrowersyjnego. Nie powinniście chronić gwałcicieli dzieci? Serio? To jest tak bardzo szokujące stwierdzenie, że zasługuje na ofensywę najpotężniejszej partii w Polsce?

Czy wystarczy powiedzieć, że krzywdzenie dzieci, odchodzenie od idei miłosierdzia i szanowania bliźniego swego jest chujowym pomysłem, by wywołać oburzenie? Pewien facet w Biblii mówił na przykład „cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnieście uczynili”. On też wściekle zaatakował Kościół i trzeba go skazać na trzy lata więzienia? Będzie to trudne, bo ten facet umarł już podobno na krzyżu jakieś dwa tysiące lat temu, panowie posłowie i ministrowie.

Jarosław Kaczyński był uprzejmy nazwać to jażdżewskie wezwanie do niegwałcenia dzieci „urbanopalikotyzmem” i dał nam jasno do zrozumienia, że jeśli nie będzie rządził PiS to ten dziwny twór nas wszystkich zniszczy.

Urbanopalikot brzmi dużo lepiej niż „jakiś inteligent, który powiedział, że nie powinniśmy przymykać oka na gwałty na dzieciach”. Urbanopalikot brzmi potężnie, groźnie i właściwie tak mógłby nazywać się kolejny przeciwnik superbohaterów Marvela.

„Avengers: Zgnilizna Urbanopalikota”.

Na szczęście takich filmów nie robi się w moim kraju, bo na pewno wyreżyserowałby to Patryk Vega, a wystąpiliby Tomasz Karolak i ten dziwaczny syn Marka Koterskiego, który psuje każdy możliwy obraz. A ja musiałbym oglądać, jak obaj biegają w obcisłych trykotach ratując Raszyn przed inwazją Kosmicznych Parchów. A w roli Kapitana Polski z pewnością zobaczyłbym Borysa Szyca.

Nie sądzę, żeby Kaczyński nie rozumiał słów jakiegoś inteligenta na jakimś uniwersytecie. Zwłaszcza, że – bądźmy szczerzy – gdyby nie ofensywa PiS, o słowach Jażdżewskiego nikt by praktycznie w Polsce nie usłyszał. Wykładów na uczelniach jest mnóstwo, a raczej nie trąbią o nich w partyjnych „Wiadomościach” i w innych żądnych każdego kliknięcia mediach.

Zaczynają trąbić dopiero, gdy opłaca się to partii. Tak Leszek Jażdżewski stał się nieoczekiwanie wrogiem publicznym wzorem rezydentów, niepełnosprawnych czy nauczycieli. Partia wybiera sobie wroga, stawia go wysoko na słupie – tak, by dojrzała go gawiedź – i przekręcając jego słowa nadaje mu status przeciwnika cywilizacji i porządku państwowego.

W ten sam sposób postępował Onufry Zagłoba, który po pijanemu wyrżnął na Mariensztacie kilka przywiezionych z tropików małp, by opowiadać potem o swej heroicznej walce z diabłami. Tak postępował baron Münchhausen, który snuł opowieści o tym, jak wbrew przeciwnościom sam wyciągnął się za włosy z bagna.

W ten sam sposób w 1932 roku australijski minister George F. Pearce (który z pewnością odnalazłby się w polskim rządzie) wywołał, a potem przegrał wielką wojnę z ptakami.

Po I wojnie światowej Australia miała olbrzymią ilość niezagospodarowanych żołnierzy i niezagospodarowanych terenów. Masowo zaczęła więc robić z wojaków rolników, co skutkowało tym, że dziewicze do tej pory terytoria stały się obszarami wiejskimi. Naturalnym porządkiem rzeczy (tak, jak naturalne jest chronienie dzieci i skazywanie ich krzywdzicieli miast przenoszenia ich z parafii do parafii) był fakt, że człowiek wszedł w konflikt z przyrodą. Farmerzy narzekali na strusie emu zjadające ich uprawy zasadzone na terenach żerowania strusi.

I za sprawą ministra Pearce’a Australia wypowiedziała strusiom wojnę. Żołnierze jeździli po bezdrożach samochodami z zamontowanymi na pace karabinami maszynowymi i pruli do tych zwierząt. Mimo, że udało im się odstrzelić jakieś 20 tysięcy emu przegrali tę wojnę, bo walczyli z przeciwnikiem urojonym, a cały konflikt spowodowany był przez ich nieprzemyślane działanie. – Marzenia strzelców maszynowych, o strzelaniu ogniem ciągłym do skoncentrowanych mas emu wkrótce rozpłynęły się. Dowództwo emu ewidentnie zleciło taktykę partyzancką, a ich nieporęczna armia wkrótce podzieliła się na niezliczone małe formacje, które spowodowały, że używany sprzęt wojskowy stał się nieefektywny. Zakłopotane siły zbrojne wycofały się z pola walki po około miesiącu – pisał w 1932 roku australijski ornitolog Dominic Serventy.

Tak – w wersji optymistycznej! – kończy się walka z wyobrażonym zagrożeniem, a takim jest przecież walka o przekonanie obywatela, że krytyka pedofilii jest wściekłym atakiem na Polskę i Kościół katolicki.

Nie wiem, jak tam wasza Polska, ale moja gwałcicieli nie lubi i ma ochotę bić ich po pysku.

Ale na część z naszych pobratymców taka retoryka działa. Najpierw głosowali na partię ze strachu, że przyjdzie do nich uchodźca i polityk PO z mordą wypchaną ośmiorniczkami. Teraz mają zagłosować ze strachu przed nauczycielem (co akurat rozumiem w pana wypadku, panie Patryku) i podpalaczami kościołów.

ksiązka nienawiśc.pl

Więc (zdania nie zaczyna się od „więc”) ja rozumiem, że PiS wybrał taką taktykę. Że premier Morawiecki i poseł Kaczyński praktycznie zawsze dają odpór wyimaginowanemu wrogowi. Że część obywateli podąża za ich przykładem i zaczyna widowiskową walkę z cieniem. Boję się tylko, że w tej sytuacji są dwa zakończenia i żadne nie jest dla nas dobre.

Zakończenie pierwsze podpowiada nam wielka bitwa z nieistniejącym przeciwnikiem, jaka miała miejsce 17 września 1788 roku pod Karánsebes na terenie dzisiejszej Rumunii. Działo się to podczas wojny rosyjsko-tureckiej, na której chciał skorzystać cesarz Józef II Habsburg. Przyprowadził on ponad stutysięczną armię mającą w założeniu wydrzeć Turkom atrakcyjną strategicznie i gospodarczo część terytorium.

Armia Józefa II – jak to w tamtych czasach – składała się z nierozumiejących się nawzajem Rusinów, Polaków, Serbów, Chorwatów, Włochów, Węgrów i Czechów. A dowodzili wszystkim Niemcy, nie znający żadnego języka poza swoim.

Podczas ciemnej nocy 17 września, gdy armia po prostu sobie obozowała, doszło do konfliktu kawalerii z piechotą. Konni przywłaszczyli sobie zbyt wielki przydział wódki, której napić się chcieli piechurzy. Słowo do słowa pobili się nawzajem, a kilka gorących głów pociągnęło nawet za spusty. Któryś z pieszych postanowił odstraszyć konkurentów do kieliszka tworząc sobie wyimaginowanego wroga i krzycząc: Turci, Turci!

I pół armii zaczęło w ciemnościach walczyć z Turkiem, którego tam nawet nie było. Polała się krew, dużo krwi. Przepłoszeni kawalerzyści przeprawili się przez rzekę wpadając nagle do drugiego obozu. Stacjonujący tam żołnierze byli pewni, że to atak wojsk sułtana i dali konnym odpór. Wszyscy zaczęli strzelać do wszystkich, a najgorszy efekt odniosły komendy niemieckich oficerów, którzy nakazali wstrzymać ogień. „Halt, halt!” – krzyczeli, a te słowa nieobyci lingwistycznie Polacy, Chorwaci i Czesi wzięli za tureckie okrzyki „Allah, Allah!” i zdwoili wysiłki w mordowaniu nieistniejącego przeciwnika.

Tej nocy spanikowani żołnierze walczący z wrogiem, którego nie było zabili 10 tysięcy ludzi we własnej armii.

Panowie z PiS, z PO i tych innych PSL–ów, pytanie teraz do was. Niemieccy dowódcy pod Karánsebes znali tylko jeden język – swój – przez co zwielokrotnili masakrę w szeregach własnej armii. Wy – patrząc po waszej umiejętności interpretacji tekstu – nie znacie nawet jednego języka, w dodatku ojczystego.

Do czego wy nas doprowadzicie?

I tak, jak ówcześni Polacy i inni Słowianie w okrzykach „Halt!” słyszeli „Allah!”, tak dziś w krytyce rozpasania, hierarchiczności i potępieniu pedofilii słyszą atak na Kościół. I wśród takich zaburzeń słuchu na serio możemy wszyscy się powyrzynać tak, jak pod Karánsebes.

Ale jest też druga opcja, bo przecież mówiłem, że możliwe zakończenia tej polityki walki z iluzorycznym przeciwnikiem są dwa. Na przykład w takiej nauce szermierki istnieje pojęcie „walki z duchem” lub „walki z cieniem”. Wiem o tym, bo kiedyś lubiłem dostawać po ryju drewnianym, treningowym mieczem.

„Walka z cieniem” to rodzaj pojedynku z nieistniejącym przeciwnikiem. Szermierz tańczy wtedy po sali treningowej jak szalony, uderza w powietrze mieczem, szablą czy floretem i dla postronnego obserwatora może wyglądać na debila. Ale przy odpowiednim nauczycielu i właściwym samozaparciu szermierza „walka z duchem” może dać takie same efekty, jak nauka z realnym przeciwnikiem.

A wtedy człowiek walczący do tej pory z cieniem staje się prawdziwym, morderczym zagrożeniem na polu bitwy.

Czasami zastanawiam się co się wydarzy, gdy zamiast wojny z cieniem politycy zaczną walczyć na ostre z prawdziwymi, zwykłymi ludźmi, którzy po prostu myślą inaczej niż Patryk Jaki, Grzegorz Schetyna, czy Kosiniak-Kamysz. Albo po prostu – myślą.

 


Tekst powstał przy wsparciu Patronów.
A gdybyście i wy mieli ochotę rzucić we mnie monetą i wesprzeć moją pisaninę, to będę bardzo wdzięczny. Tu trochę o tym piszę. Jak chcecie, kliknijcie poniżej.


22 Responses

  1. Brutalna statystyka rzecze, że ponad 70% Polaków nie rozumie tego, co się do nich mówi. Cóż więc dziwnego w tym, że kasta polityczna nie kuma tego, co usłyszy? Tzn. słyszy to co chce, bo przekazu mówcy nie umie objąć swym wąskim, wykoślawionym intelektem. Rządzi nami banda idiotów, ale wybierając ich sami sobie na to zasłużyliśmy.

  2. Z jednym się nie zgodzę, a jako polonistyka i wieloletni redaktor raczej wiem, co piszę: zdanie można zacząć od „więc”, o ile jest ono wnioskiem z poprzedniej części wywodu. Więc ten nawias można usunąć.

  3. Przyznam że czytalem powyższy text gdyż trafił tu poprzez inny artykuł i choć zapowiadal się ciekawie to zniechęciły mnie te wszystkie uszypliwosci i szyderstwa. Mamy tego dosc wokół nas w codziennym życiu.

  4. Tzw. opozycja po raz kolejny woli podlizywać się Kościołowi (który i tak koniec końców będzie wspierał partię rządzącą), zamiast zacząć wykorzystywać hasła, które zmobilizowałyby większość jej elektoratu. Tymczasem rektor mojej uczelni, któremu nie przeszkadzały homofobiczne teksty ks. Oko, uznał za konieczne, żeby odciąć się od Jażdżewskiego. Nie wiem który przypadek braku kręgosłupa jest smutniejszy.

  5. Jak zwykle w punkt, mam tylko jedną uwagę. Bitwa pod Karensebes faktycznie była urojona, bo jej w ogóle nie było. Nie ma żadnych źródeł z epoki jakie by o niej wspominały. To dziwne, bo Habsburgowie mieli w Europie masę wrogów którzy bez wątpienia skorzystaliby z okazji do wbicia Austrii szpili. Tymczasem aż do XIX wieku takie wydarzenie w ogóle nie pojawia się na łamach historii. Prawdopodobnie był to dopiero XIX wieczny wymysł propagandowy.

    1. O kurde, to ja żyłem w – jak to mówią – mylnym błędzie 🙁 W przeszłości czytałem o tej bitwie w kilku miejscach. Obiecuję, że jak znajdę chwilę to doczytam ponownie

  6. Szacun! Rozpieprzyłeś mnie z tą bitwą pod Karansebes. Oczywiście nie uwierzyłem Ci na słowo i sprawdziłem w Wiki – potem dostałem kolki ze śmiechu.

  7. Witaj,
    Ja Ciebie proszę, Borsuk. Ty już tak się na Patryczkiem nie znęcaj. On już i tak ma dosyć na głowie. Czy gdzie tam… Jego i tak już wszyscy – z prezesem na czele – solidnie wytentegowali. Więc to i tak cud, że jeszcze może stać jako tako. A Ty go jeszcze trudnem słownictwem katujesz? Miejże litość, Borsuk! Od Patryczka przecież nikt nie wymaga czytania ze zrozumieniem. Od niego wymaga się jedynie czytania bez zająknienia co tam prezes mu napisał. I tyle. Nic więcej.
    Nie mam ja konta ani na twarzoksiążce ani na ćwierkaczu, więc nie mogę zweryfikować. Ale może Ty mnie oświecisz. Zdaje się, że Krysia-erudytka była łaskawa ostatnio tłitnąć (tak swoją drogą, to – parafrazując porucznika Borewicza – pani Krysia z różnymi odgłosami mi się kojarzy, ale jakoś nigdy z ćwierkaniem). Zatem wpis ten miał głosić, że „Prawo i Sprawiedliwość szanuje wszystkich Polaków, którzy głosują na PiS.” Jakże to jest, może wiesz? Prawdziwe słowa, czy internetowa podpucha? A jeżeli prawdziwe, to prowokacja, czy freudowski lapsus? Ot, dylemat…
    Tak się złożyło, że obejrzałem w Wiadomościach materiał o wystąpieniu Leszka Jażdżewskiego i uderzyło mnie (a uderzyło mocno ponieważ nawet mój masochizm ma swoje granice i Wiadomości oglądam dość rzadko) jak bardzo toporna jest ta propaganda i jednocześnie jak bezwstydna. Bez choćby najmniejszego listka figowego. Tym razem autorzy zajęli się nie tylko tym, „co poeta miał na myśli”. Wzięli się również za mowę ciała. Albowiem czujne oko kamery TVP wychwyciło, że kiedy Jażdżewski wracał na miejsce Tusk wstał, aby udać się na scenę. I w wąskim przejściu pomiędzy innymi osobami Tusk musnął ramię Jażdżewskiego. Zgroza. Tak na marginesie „musnął” to niebezpieczne słowo. Jeszcze jakaś uderzona łopatą wydra się wzbudzi i kłopot będzie. Zatem Donald na oczach wszystkich dotknął Leszka. A redaktor Wiadomości poczuł krew i zsunął serię powtórek: raz szeroki plan, raz zbliżenie, w zwolnionym tempie i jeszcze raz… Jakby to, kurna, była bramka Messiego w 82. minucie meczu z Liverpoolem. I całą sekwencję okrasił komentarzem: „Donald Tusk ZNACZĄCO poklepał Leszka Jażdżewskiego”. Ale, jak pisałeś, jednak to działa. Propaganda działa.
    I wtedy naszła mnie jeszcze jedna myśl. Tak się już pałętam kilka-naście-dziesiąt lat po naszym kraju. Rozglądam się na prawo i lewo. Staram się widzieć go takim, jaki rzeczywiście jest. Nie zawsze mi to wychodzi – przyznaję. Ale się staram.
    Pisałeś kiedyś, że politycy ustawili pomiędzy nami barykadę, podzielili nas na dwa plemiona i kazali nam się mniej lub bardziej otwarcie naparzać. Pisałeś też, że Ty należysz do plemienia trzeciego, które chciałoby zmienić ten dualizm, więc siedzi okrakiem na barykadzie i regularnie obrywa z obu stron. Ja napisałem, że bliżej mi do czwartego plemienia – tego które nie ma nawet nadziei. Które nawet nie wierzy w zmianę.
    A teraz myślę sobie, że jest i piąte plemię. A w zasadzie to było zawsze. Plemię, które znalazło przejście w barykadzie. Ale nie po to, by szukać porozumienia. Bynajmniej nie po to. To plemię zgadza się zarówno z pierwszym jak i z drugim – zależnie po której stronie furtki aktualnie się znajduje. To plemię wierzy w jedną propagandę i drugą. Każdą przynętę połknie. Razem z haczykiem, żyłką i spławikiem. To plemię pomodli się żarliwie o zdrowie dla chorego dziecka, a potem nad kołyską przeleje jajko. Albo wosk. Buzię dziecka przetrze brudnymi majtkami i wystawi z becikiem do księżyca. Tak na wszelki wypadek. To plemię zażąda głowy piosenkarza pedofila a z równą determinacją bronić będzie pedofila księdza. Albo odwrotnie – zależnie po której stronie furtki się akurat znajdzie. To plemię równie chętnie ogląda TV Trwam, TVN jak i TVP. I nie – nie po to by wysłuchać obu stron, nie po to by zrozumieć, nie po to by wyrobić sobie własne zdanie. To plamię bez mrugnięcia powieką obejrzy Fuckty, przełączy na Wiadomości, zaliczy ukrytą prawdę, bo to takie życiowe, big brothera, potem galę MMA, bo to takie ciekawe, gdy krew spływa po ekranie, i przed północą zdąży jeszcze na różaniec z Torunia.
    I kupi każdą propagandę. Każdą. Bo propaganda działa. Zwłaszcza na podatnym gruncie.
    Dlatego ja nie mam już nawet nadziei.
    Dobrej nocy,
    Stanley

  8. Swietny tekst. Bardzo lubie Twoje historyczne analogie, bo maja dla mnie walor edukacyjny.

    P.S. Misiek Koterski jest swietny w 7 uczuciach. Å balam sie zaczynajac film😉

  9. „Ad rem” to znaczy po łacinie dosłownie „do rzeczy”. „Res” to jest „rzecz”, o czym wiadomo wszystkim, kto zna słowo „republika”: „Res publica” = „Rzecz pospolita”. Nie mieszajmy tu już „meritum”, bo się nieszczęsnemu Patrykowi mózg całkiem zlasuje…

    1. A gdyby go jeszcze zapytać kto i dlaczego chciał wracać do adremu? Obawiam się, że to co zostałoby po zlasowaniu rozbryznęłoby się w malowniczy wzór na ścianach….

  10. Patryka Jakiego doceniam za to, że wprost przyznał, iż z przemówienia Tuska nie zrozumiał nic. Czyż zatem mógł zrozumieć cokolwiek z Jażdżewskiego? 😉
    Aż mi się zamarzyło, żeby Jaki pisał dziś maturę z polskiego – z przyjemnością oceniłabym jego czytanie ze zrozumieniem. 😀

  11. Tak sobie myślę, że politycy to akurat (poza drobnymi wyjątkami) doskonale wiedzą co powiedział Jażdżewski, smutne jest to, że żelazobetonowy elektorat nie rozumie tekstu mówionego, tym bardziej pisanego, wtórni analfabeci. Dają się na to nabierać i tak to się kręci. Zachodzę w głowę tylko, czy to jest wina polskiego systemu oświaty, czy po prostu pewnych rzeczy przeskoczyć się nie da (inteligencja ludzka jest ograniczona, czasem bardzo).

    1. Mam dokładnie takie samo odczucie, cynicznie rozgrywają każde wydarzenie. Są w stanie przekuć wszystko na toporna propagandę.

    2. Myślę, że to jest kombo polskiego systemu oświaty (z brakiem podstaw logiki w większości ścieżek edukacyjnych – nawet dużą częścią tych, kończących się studiami) i wrodzonej niechęci do jakiejkolwiek pracy umysłowej dużej części społeczeństwa. Z tym, że politycy wiedzą, co powiedział Jażdżewski to też bym polemizował – oni też z tego społeczeństwa pochodzą.

  12. No więc to już raczej dziś Brudziński postanowił spróbować zawalczyć na to ostre

  13. Borsuku,i cóż powiedzieć? Normalnie Cię uwielbiam, a merytorycznie wypowiem się jutro .

Dodaj komentarz