Polityka Życie

Pasja i sprawiedliwość, czyli życie trochę mniej ważne

Ukrainka Oksana porzucona na przystanku przez Jędrzeja C.

Czy można zimą wywieźć umierającą kobietę na przystanek autobusu i porzucić, jak worek śmieci? Czy można pozostać bezkarnym i wyjść z sądu z czołem wolnym od trosk? W Polsce odpowiedź na oba te pytania brzmi: tak. Pod warunkiem, że jest się bogatym biznesmenem z sympatycznym uśmiechem.

Opowieść, którą dzielę się z wami to zwykła historia z Polski powiatowej. Właściwie nic szczególnego. Złamała tylko jedno życie, ale takie mniej ważne. Bo w Polsce każde życie jest ważne i święte, z tym że niektóre trochę mniej.

Takim życiem relatywnie mniej istotnym jest życie pani Oksany.

Pani Oksana ma 43 lata i jak setki tysięcy jej rodaków przyjechała szukać tu szczęścia z Ukrainy. To pierwszy powód, dla którego jest mniej ważna.

Drugi powód jest taki, że pani Oksana jest zwyczajnie uboga. A biedni ludzie też znaczą u nas jakby mniej.

Los zrzucił panią Oksanę i jej siostrę Natalię do Krerowa w Wielkopolsce. Tam zatrudniły się u kolejnego bohatera naszej historii: 36-letniego Jędrzeja, który z przyczyn formalno-prawnych zaczął wkrótce występować jako Jędrzej C.

Była już zima, ale pracy na wsi było sporo. Pan Jędrzej jest bogatym plantatorem i plony są u niego przez cały rok. Jak zapewnia mnie strona internetowa jego firmy, warzywa i owoce są tam wyjątkowe i dostępne o każdej porze roku „dzięki pasji, poszanowaniu natury i nowoczesnej technologii”.

Prawdopodobnie duża część z was konsumowała płody wielkopolskiej ziemi zrodzone w tym gospodarstwie i pakowane dłońmi pani Oksany. Jędrzej C. podpisał bowiem lukratywny kontrakt i był dostawcą sieci dyskontów Lidl. Występował nawet w telewizyjnych reklamach tego sklepu i zapewniał was, że warzywa i owoce pochodzą „tylko z polskich pól”.

Kłopot w tym, że za stawki oferowane przez polskich plantatorów na polskich polach ciężko nająć do pracy polskie ręce. Ale Ukrainiec to co innego: nie potrzebuje wiele, siedzi cicho, wie, że się nie liczy, pracuje po kilkanaście godzin dziennie i nie potrzebuje żadnej umowy, ani składek na NFZ. – Ukraińcy zawsze pracowali tu więcej i dłużej. Po 12, 13 godzin na dobę. Za 9 zł za godzinę, nie więcej – opowiada pani Natalia, siostra Oksany.

W styczniu Oksana zatrudniona na czarno przy pakowaniu warzyw skończyła pracę i poczuła się źle. Skoczyło jej ciśnienie, zaczęła wymiotować. Jej stan pogarszał się szybko. Rano roztrzęsiona i spanikowana Natalia zrozumiała, że to nie jest zwykła choroba, którą jakoś jej siostra przetrzyma. Nie znała języka polskiego, zupełnie nie wiedziała co robić. Pobiegła do biura pracodawcy-dobrodzieja i poprosiła grzecznie, by ktoś wezwał karetkę. – Ona może umrzeć – powiedziała.

Miała rację. Pani Oksana miała po prostu udar krwotoczny pnia mózgu. Coś pękło w środku jej głowy i jej mózg wypełniał się krwią, jak balon.

Ale w miejscu łączącym pasję z poszanowaniem natury i nowoczesnymi technologiami karetki nie wezwano. Pan Jędrzej zapakował panią Oksanę i jej siostrę do samochodu i wywiózł je do odległej o 10 km Środy Wielkopolskiej. Tam krążył bez celu i sensu po ulicach, a w końcu pośród śniegu i zimna wyciągnął półprzytomną kobietę z auta. Według pani Natalii chciał porzucić jej siostrę na ławce na przystanku autobusu. – Ale ona już nie chodziła. Chwyciłam ją za nogi, przeciągnęliśmy ją metr, dwa. W końcu on zgodził się, by zostawić ją w samochodzie. Powiedziałam, że dobrze, że wszystko, byle ona tylko nie zmarła – mówi pani Natalia.

Pan Jędrzej zabronił pani Natalii mówić, że się znają. Zadzwonił na numer 112 mówiąc, że znalazł jakąś pijaczkę.

Po prostu pijaczkę.

Pani Oksana żyje. Jest sparaliżowana, potrzebuje całodobowej opieki, miesiące spędziła w szpitalu, ale żyje. Miała dużo szczęścia, bo w przypadku udaru liczy się każda minuta. Każda sekunda, którą spędziła jadąc do Środy i będąc przerzucana w tę i z powrotem – jak worek ziemniaków z polskich pól – mogła być jej sekundą ostatnią.

Jędrzej C. utrzymuje, że nie chciał porzucić konającej na przystanku, tylko „zjechał do zatoczki autobusowej, by nie stać na drodze”. Przekonuje, że „dopiero w samochodzie uświadomił sobie, że Ukrainki zatrudnia nielegalnie”. Mówi, że „nie wiedział, że może płacić za nie składki”. No nie wiedział.

Policja, prokurator, 10 zarzutów, Lidl zrywający współpracę.

I w końcu lądujemy w sądzie tu i teraz, 12 września 2018 roku.

I zaczynamy się wkurzać.

Wysoki sąd w Środzie Wielkopolskiej w postaci sędziego Jacka Kamińskiego podjął decyzję. I sprawę umorzył. Bo po co ma skazywać i łamać kolejne życie. Zwłaszcza, że życie bogatego, polskiego plantatora warte jest przecież więcej niż życie ukraińskiej niewolnicy.

Sędzia Kamiński w swoim uzasadnieniu stwierdził, że Jędrzej C. „bez żadnych wątpliwości” jest winny. Jest winny zatrudniania ludzi na czarno, bez żadnych składek i podatków. Jest też winny nieudzielenia pomocy Oksanie z wypełnionym krwią mózgiem.

Mimo tej niewątpliwej winy Jędrzej C. nie został skazany. Sędzia Kamiński umorzył sprawę warunkowo. Warunkowo, to znaczy, że pan Jędrzej przez najbliższe dwa lata nie będzie mógł popełnić żadnego przestępstwa i musi zapłacić sparaliżowanej pani Oksanie 10 tysięcy złotych.

Sędzia wziął pod uwagę okoliczności łagodzące: Jędrzej C. przeprosił przecież za porzucenie umierającej niewolnicy. Dał też pani Oksanie jakieś pieniądze. Jakie? Nie wiem. Wiem za to, że pani Oksana podpisała porozumienie za pomocą odcisku kciuka, bo przecież nie może się poruszać.

Sędzia dodał, że pan Jędrzej zapłacił zaległe składki ZUS (jakby miał w ogóle jakiś wybór), „nie jest osobą zdemoralizowaną” i – uwaga! – „prowadzi dobrze prosperującą firmę”. Mogę się mylić, ale rozumiem z tego, że gdyby prowadził firmę źle prosperującą, albo – o zgrozo! – był człowiekiem ubogim, wtedy raczej poszedłby za kraty. Dobrze myślę, panie sędzio?

Najlepsze sędzia Kamiński powiedział na koniec. Trzymajcie się krzeseł, bo to słowa wypowiedziane w imieniu Rzeczpospolitej Polskiej, w całym jej majestacie i z żelaznym orłem dyndającym na łańcuchu zdobiącym sędziowską pierś.

„Każdy miał możliwość, aby wezwać pogotowie, każdy ma telefon komórkowy. Ja rozumiem, że osoby z Ukrainy mogły czuć się w jakiś sposób zagubione, mogły nie znać procedur, mogły nie wiedzieć, co i jak, jak zareagować. Ale z drugiej strony – były to osoby dorosłe, osoby, które przyjechały z Ukrainy samodzielnie, samodzielnie sobie w Polsce znalazły pracę, samodzielnie znalazły sobie miejsce zamieszkania – w związku z tym były na tyle zorientowane, obrotne, że taką czynność jak wezwanie pogotowania mogły uskutecznić. Znamy przypadki, gdzie małe dziecko, kilkuletnie, potrafi wezwać pogotowie do mamy, której coś się stało” – powiedział sędzia.

No i to jest dopiero uzasadnienie! To wina tych głupich Ukrainek z relatywnie mniej ważnym życiem. Przyjechały do polskiego raju, pracę na czarno dostały i to za całe 9 złotych polskich i jeszcze narzekają, że im krew spływa do pnia mózgu. Przecież już kilkuletnie dziecko by sobie poradziło, a te lebiegi są „w jakiś sposób zagubione”.

W jakiś sposób zagubiony w tym wszystkim – panie sędzio Kamiński i panie Jędrzeju C. – to jestem ja.

Jestem w jakiś sposób zagubiony w kraju, w którym o bezkarności decyduje grubość portfela. W kraju, w którym majestat Rzeczpospolitej twierdzi, że wyzyskiwana, tania siła robocza jest mniej ogarnięta od kilkuletnich dzieci. Polskich dzieci, wiadomo. One bystrzejsze.

W kraju, w którym prośba o pomoc i ratowanie życia kobiety kończy się porzuceniem jej na pierdolonej ławce w środku pierdolonej zimy. Z pierdolonym krwotokiem pierdolonego pnia mózgu. Z całym szacunkiem wysoki sędzio Kamiński, ale już kilkuletnie dzieci wiedzą, że posiadanie niewolników i porzucanie konających na przystanku to coś, za co należy się kara.

A przecież ta historia to tylko jedna z setek historii o mniej i bardziej ważnych życiach w Polsce.

To jeden z setek małych kamyczków, którymi do woli przerzucać się będą politycy. Jedni będą używać takich historii, by wyrzucić z sądów kolegów poprzedniej ekipy i wstawić tam kolegów swoich. Drudzy będą mówić: niech zostanie tak, jak jest.

Ale ani zmiany kadrowe na szczytach, ani tych zmian zaniechanie nie wpłyną na sprawiedliwość i funkcjonowanie sądów w takiej – dajmy na to – Środzie Wielkopolskiej. Bo nikomu w Sejmie nie zależy na tym, by życia bogatego plantatora i ubogiej niewolnicy znaczyły tyle samo.

Być może tkwi w tym odpowiedź na żale rozmaitych publicystów tęskniących za Platformą Obywatelską i wylewających tony atramentu zapisując w setkach konfiguracji to samo pytanie: dlaczego miliony Polaków nie wyjdą na ulice, by obalić rząd, który wymienia jednych sędziów na drugich? Który łamie Konstytucję.

Być może, drodzy koledzy z nurtu dziennikarstwa walczącego, po odpowiedź na to pytanie powinniście kopnąć się do Środy. Nie tej słynnej Magdaleny, która wraz z wami rozdziera szaty nad Sądem Najwyższym. Do tej Wielkopolskiej, z sądem niższym, ale mającym dużo większy wpływ na życie tych, których życia są mniej ważne.

Być może odpowiedź jest właśnie tam. W sali sądowej, albo na szpitalnym łóżku z plastikowymi rurkami powtykanymi w rozmaite otwory ciała.

Więc (zdania nie zaczyna się od więc) kiedy jeszcze raz ktoś zada pytanie: kto zgodnie z Konstytucją jest prezesem Sądu Najwyższego i dlaczego to takie ważne, odpowiem zgrzytając zębami, że dla mnie ważne jest co innego.

Dla mnie ważne są życia mniej ważne.


Tekst powstał przy wsparciu Patronów.
A gdybyście i wy mieli ochotę rzucić we mnie monetą i wesprzeć moją pisaninę, to będę bardzo wdzięczny. Tu trochę o tym piszę. Jak chcecie, kliknijcie poniżej.


23 Responses

  1. Czasami trudno stwierdzić — klasizm, ksenofobia, znieczulica, czy mieszanka powyższych…

    1. Polska Folwarczna. Kraj jest Folwarkiem. W nim mamy Dziedzica (taka klasa, nie jedna osoba) oraz pańszczyźnianych chłopów.

      „Działania właścicieli folwarków związane z podnoszeniem ich wydajności i ulepszaniem gospodarki folwarcznej polegało przede wszystkim na wzroście wymagań wobec chłopów. W niektórych krajach m.in. w Polsce w wyniku tych praktyk chłopi stawali się niemal niewolnikami swych panów.”

      Brzmi znajomo? Zamiast zmusić wszystkie podmioty do łożenia na państwo (wydajność), dokłada się podatków „chłopom”: VAT, akcyza, teraz kolejne skarbonki emerytalne które potem dziedzic rozbije i zabierze, co jego.

      A może przypomina to firmę? A może…
      A może przypomina to urząd i petenta? A może…
      A może przypomina to rzemieślnika i klienta? A może…

      Wszędzie mamy PANA i CHAMA: relację dynamiczną, ustalaną doraźnie. Ustąpisz na drodze: cham, ciołek. Pany nie ustempujom. Pouczysz zamiast dać mandat? Jesteś durnym pańszczyźnianym chłopkiem klękającycm przed panem.

      Itp, itd. ITD.

  2. Dziekuje. Zarywam nice czytajac twoje artykuly. Genialna publicystyka

  3. Pan Jędrzej C. nazwał swoją firmę Cichowlas. Wtajemniczeni mówią, że ta nazwa to od nazwiska. I że adres jego witryny to http://www.polskiewarzywa.com.pl. Chyba. Albo nie, co ja tam wiem 😉

  4. Mylisz się fundamentalnie w swoich wnioskach i osądach w tym miejscu „Warunkowo, to znaczy, że pan Jędrzej przez najbliższe dwa lata nie będzie mógł popełnić żadnego przestępstwa…”. Odwieszenie kary może być spowodowane jedynie popełnieniem TAKIEGO SAMEGO przestępstwa: pan Jędrzej pójdzie do więzienie jedynie jeżeli któryś z pracowników jego firmy znów zachoruje w czasie wykonania pracy na jakaś chorobę zagrażająca życiu i zdrowi a on go znów wyrzuci gdzieś na przystanku.

    1. Sorry Y, ale niestety to Ty się mylisz fundamentalnie w swoich wnioskach.

  5. Dziękuję za tekst.
    Ja myślę, że wielu by chciało zmienić ten rząd, a nawet tamten i kolejny. Tak naprawdę, na serio, nie tylko statusami na fejsbuniu, tylko tak na prawdziwo, po ludzku. Jak to jednak zrobić (wstać krzesła – etap pierwszy zakończony), skoro mamy dwa plemiona i garstkę planktonu? W drodze na barykady pożremy się o Smoleńsk i kebap wyklęty. To jest ten klincz, który pozwala w Środzie nic nie zmieniać. Być może taki Borsuk z planktonu, w tej czy innej postaci, sprawi, że ludzie plemienni zapomną o podziałach i pójdą, ramię w ramię, przez Środę i inne miejscówki, nie tylko w niedzielę handlową.
    Dziękuję raz jeszcze.

    1. To ja dziękuję! A czy ja jestem w stanie coś zmienić? Nie wiem – mogę tylko pisać.

  6. Przeczytałem, że oprócz 10 000 zł, Jędrzej C. „zobowiązał się zadośćuczynić kwotą, która zapewni pokrycie kosztów rehabilitacji”. W tej sytuacji pełnomocnicy pani Oksany już powinni organizować wyjazd na rehabilitację w Szwajcarii…

    1. Tak, to to porozumienie podpisane kciukiem. Myślę, że na Szwajcarię może nie wystarczyć

    1. kapitalizm?
      a może gdyby nie było państwowego przymusu odprowadzania składek i państwowych kar za zatrudnianie ludzi „na czarno”, to jędrzej c. nie obawiałby się odstawić tej kobiety do szpitala? musiałaby zapłacić za leczenie sama, ale pewnie już po tym jak uratowali jej życie.

    2. Tak, to zdecydowanie wina kapitalizmu, że Pan Plantator jest człowiekiem bez grama odwagi cywilnej i empatii. Na pewno lepszą opiekę medyczną ta Pani otrzymałaby w warunkach anarchii, którą nosisz na sztandarach.

      Pozdrawiam i życzę miłego dnia.

  7. Witaj Borsuku,
    Tak sobie czytam i czytam. I myślę i myślę… I rodzą się we mnie dwa zasadnicze pytania.
    Pierwsze z nich brzmi: musiałeś? Kutwa, Borsuku, naprawdę musiałeś?
    Rzecz w tym, że poprzedniej nocy niewiele spałem. Więc (a zacznę sobie od więc) plan na dziś był taki: zgasić światło, położyć się na plecach – zwłaszcza, że dziś jakoś mniej dokuczają, zamknąć oczy, rozluźnić wszystkie mięśnie, w tym również żwacze, o czym często się zapomina, a takie bezwiedne zaciskanie szczęk cholernie męczy, uspokoić oddech, zwizualizować sobie siebie płynącego w czasie nowiu czarną łodzią po tafli czarnego jeziora. I zasnąć. W ciągu 120 sekund, jak przekonują wojskowi specjaliści.
    No i co? No i w pizdu, i wylądował. I cały misterny plan też w pizdu. Welcome to Pyrry.
    Borsuk opublikował tekst. A ja, zamiast obracać się właśnie na trzeci bok, siedzę przed monitorem i czytam. A kiedy czytam, to (na ogół) myślę. A przynajmniej się staram. Bo w moim przypadku myślenie to proces (na ogół) trudny, żmudny i bolesny. A jak coś boli, to warto o tym komuś powiedzieć. Tylko, że nie zawsze mówimy. I nie każdemu mówimy. Dzisiaj (choć już nie od dzisiaj) boli mnie przez Borsuka, więc niech siedzi i słucha.
    Bo z mówieniem o tym co boli, jest jak z tym starym powiedzeniem, że wszystko jest dla ludzi. Ale nie wszystko dla wszystkich. Tak jak sprawiedliwość.
    Jaka sprawiedliwość? I dla kogo?
    Zawiasy za nieudzielenie pomocy? Pogrożenie palcem za wyzyskiwanie innego człowieka, za zatrudnianie na czarno, za olewanie stawek minimalnych? Z tego wszystkiego najbardziej dotkliwe dla pana Jądrusia jest zerwanie współpracy z Lidlem. To tak, jak Gustaw Kramer, który za swoje przestępstwa do więzienia pójść nie mógł. Bo zniszczyłoby mu to karierę.
    A pani Oksana? Też dostała swoją sprawiedliwość. 10 tysięcy polskich nowych złotych. Dla osoby sparaliżowanej. Nie znam aktualnych stawek, więc niech ktoś mądrzejszy mnie poprawi, ale 10 tysięcy PLN wystarczy na całe trzy doby pobytu pacjenta w oddziale intensywnej opieki medycznej. Nie licząc zabiegów – w tym operacji neurochirurgicznej w obrębie czaszki. Ale przecież dostała swoją sprawiedliwość. Dokładnie taką, jaka do niej pasowała.
    Bo kto się będzie przejmował jakąś tam panią Oksaną z jakiejś tam Ukrainy. Nie ona pierwsza i nie ostatnia. Że wspomnę choćby panią Alonę. Ktoś o niej dzisiaj pamięta? Był news – minął news. Są kolejne, nowsze, ważniejsze. O jako takiej kampanii. O mądrościach Ryśka P. O wstawaniu z kolan. I o biuście Małgosi R. oczywiście. Nie zapominajmy o Małgosi.
    Lubimy wielkie słowa. Ból. Prawda. Sprawiedliwość. Ładne są. I ułożyły się w ładny szereg. Jest Ból, więc musi przyjść Prawda (ta, która podobno ma nas wyzwolić). I wtedy będzie Sprawiedliwość. Tylko, że to tak nie działa. Ból, prawda, sprawiedliwość nie następują po sobie. One współistnieją. Lub, jak kto woli, współnieistnieją. Ale rządzą się tymi samymi prawami. Każdy z nas patrzy na nie z innej perspektywy. Od Kalego u Sienkiewicza, przez babcię Pawlakową u Chęcińskiego aż po sędziego sądu w Środzie Wielkopolskiej, Jacka Kamińskiego.
    Prościej? Proszę bardzo: ból, sprawiedliwość, prawda – są jak dupa. Każdy ma własną. Tylko o własną dba. Tylko własna jest najważniejsza, najpiękniejsza i nomen-omen prawdziwa. Tylko własna dupa jest wyznacznikiem wszystkich innych dup.
    Więc niech pani Oksana teraz sama troszczy się o własny ból, własną prawdę, własną sprawiedliwość. My mamy ważniejsze problemy. Mamy przecież XXI wiek. Mieliśmy mieć latające samochody, żyć 150 lat i wakacje spędzać na Księżycu. A zamiast tego musimy tłumaczyć ludziom, że Ziemia nie jest płaska, że tabletki do prania nie są jadalne, a w paczce orzeszków ziemnych mogą znajdować się orzeszki ziemne.
    Nie żyjący już niestety Terry Prattchett na jednej ze swoich książek umieścił ostrzeżenie: „Może zawierać czubki”. Analizując bowiem casus paczki orzeszków doszedł był do wniosku, że nie można z całą pewnością twierdzić, że coś nie zawiera czubków. Taki napis powinien wisieć nad wejściem do Parlamentu Najjaśniejszej Rzeczypospolitej.
    A propos. Najnowsza nowość. Nasz ulubiony marszałek zakupił na potrzeby Straży Marszałkowskiej dwa psy służbowe mające obwąchiwać suwerena, który chciałby – nie wiadomo po co zresztą – wejść na teren zarządzany przez marszałka. Tak moim prywatnym zdaniem, to marszałek powinien zakupić również kilka tysięcy nakolanników taktycznych – rozdać je parlamentarzystom, ministrom, prezydentowi. Tyle się mówi o wstawaniu z kolan, a te bidulki ciągle bez żadnej asekuracji szlifują już to bruki na placach, już to marmury w kościołach. O stawy trzeba dbać. Jak parę sztuk zostanie to można przekazać armii. Wojsko Polskie zasługuje przecież na wszystko, co najlepsze.
    Ale wracajmy do adremu, czyli problemów XXI wieku.
    Dowiedziałem się niedawno, że płeć to konstrukt społeczny, że nie ma niczego wspólnego z genetyką zaś anatomia dla nowoczesnego człowieka jest tym samym, czym znaki drogowe dla polskiego kierowcy – jedynie luźną sugestią. Dowiedziałem się też że dwie godziny przeszukiwania forów tematycznych dają lepsze rezultaty niż 200 lat badań nad szczepionkami. A człowiek do życia nie potrzebuje już nie tylko mięsa. Ale pożywienia w ogóle. Człowiek energię czerpie bezpośrednio z Kosmosu. Kurwa. Tyle lat wpierdalania schabowych poszło na marne.
    Miałem ci ja kiedyś wujka. Wujek był wysoki, łysawy, o usposobieniu wesołym acz cholerycznym. Lubiłem ja do niego przyjeżdżać, bo zbierał różne dziwne artefakty i fantastycznie opowiadał o historii. Taki mój prywatny Bogusław Wołoszański. Miał garaż zawalony po sufit różnym historycznym złomem, mieszkanie – ku rozpaczy cioci – po sufit zawalone książkami i piwnicę. W piwnicy było najciekawiej. W piwnicy pachniało zawsze wilgocią, ziemniakami i farbami. Bo wujek był mechanikiem lotniczym a w piwnicy miał swój warsztat modelarski. Przesiadywałem tam z nim godzinami. Opowiadał o bitwach, kampaniach, tajnych operacjach, sojuszach i zdradach. I w tym samym czasie sklejał, szpachlował, malował, naprawiał, przerabiał. I wszystkie modele – prawie wyłącznie samolotów – wychodziły piękne. Jak „żywe”. Nie tylko zgodnie z instrukcją, nie tylko zgodnie z prawdą historyczną. Wyczarowywał też na maleńkich modelach takie cuda jak okopcenia wydechów, błoto na podwoziu, przestrzeliny, zadrapania od odłamków czy ślady krwi pilota, który ranny wyczołgał się z kabiny postrzelanego myśliwca. No cuda.
    Jak nietrudno się domyślić w wieku 11 lat doszedłem do wniosku, że modelarstwo samolotowe będzie moim hobby. Pamiętam swój pierwszy model. Był to Jakowlew Jak-1M w skali 1:72. Zabrałem się z zapałem do pracy. Uważnie studiowałem instrukcję, wycinałem, przyklejałem, łączyłem, zgrzewałem. I ni cholery nie chciało wyjść tak, jak wujkowi. Części nie chciały do siebie pasować, klejenia były widoczne, osłona kabiny zmatowiała i w ogóle koszmar modelarza. W końcu jakoś go pokleiłem do kupy, pomalowałem (oczywiście wyszło nie tak, jak chciałem) i gotowy postawiłem na półce. Potem złożyłem jeszcze kilka czy kilkanaście modeli a ten mój pierwszy, koślawy Jakowlew był odsuwany coraz dalej w głąb półki. Coraz bardziej zakurzony, coraz bardziej zaniedbany. A to się kółko odlepiło, a to się antena złamała, a to farba zaczęła złazić… W końcu moje hobby mi się znudziło, a Jak-1M razem z resztą eskadry wylądował w zabawkach mojego brata. Albo w koszu na śmieci. Już nie pamiętam.
    I kiedy tak się rozglądam dookoła, to kiełkuje we mnie refleksja, że Bóg – jeżeli w ogóle jakikolwiek istnieje – stworzył ten nasz świat tak samo, jak ja swój pierwszy model. Były ambitne założenia, były szlachetne wzorce, był zapał. A potem: zabrakło umiejętności, cierpliwości, konsekwencji zaś efekt pracy przez chwilę działał jako tako, a potem ciśnięty w kąt niszczał, niszczał aż zniknął zupełnie.

    I tu dochodzimy do drugiego z pytań zasadniczych. A mianowicie: biorąc pod uwagę to, co zostało napisane powyżej, czy my jako gatunek (oraz taki jeden jako osoba) moglibyśmy już wreszcie wyginąć i zacząć wszystko od nowa?
    Dobrej nocy,
    Stanley

    1. Jak zawsze dziękuję ci za komentarz. Bardzo podoba mi się przykład z samolotem. No i nie ma co tu więcej dodać 🙂

      1. Borsuku,
        dziękuję za pomoc ze sznurkami.
        Dobrego dnia,
        Stanley

  8. Bo to polska powiatowa Borsuk gdzie taki pan cichowas jest jak magnat. Bo jest bogaty. Ponadto aby nie stracić za dużo wydaje trochę grosza i oświadcza tu i ówdzie że jest niewinny. Wyraźnie widać że reforma PiS nie zmieniła nic dla zwykłych ludzi

    1. Nie zmieniła, bo reforma nie ma na celu takich zmian :/ Tylko polityczne

  9. Borsuk. Uwielbiam cię. Za to powinowactwo naszych sumień. Za to, że potrafisz o tym pisać. Za to, że twoje teksty ściskają mi gardło a potem budzą we mnie bestię. I taką bestią chcę pozostać. dziękuję. Jacek Wądzyński

Dodaj komentarz