Miłość Życie

Krótka historia jednej randki, czyli manager puka zawsze raz

Toni Frissell, Weeki Wachee Springs, 1947

W pewnym momencie życia zorientowała się, że hedonizm przestał już być odpowiedzią na cokolwiek. Tak właśnie do niego powiedziała.

Wzięła go z internetu. Spodobało jej się jego zdjęcie, na którym śmiesznie mrużył powieki chroniąc oczy przed padającym zza aparatu słońcem. Napisał, że ma 33 lata, interesuje się sportem i literaturą. Nie uwierzyła w to oczywiście, bo każdy z nich pisze to samo. Każdy facet w naszym kraju uprawia wspinaczkę, rafting, kitesurfing i każdy inny -ing. Jeździ na nartach, biega maratony, a jednocześnie zaczytuje się Houellebekiem, Witkacym, Mrożkiem, Żiżkiem i cholera wie jeszcze czym. Na siłownię bierze zaklęte w audiobooku dzieła Platona, a przynajmniej Seneki Starszego i chłonie je wyciskając kilometry na rowerku, na najcięższym rzecz jasna programie. Każdy z nich.

Przynajmniej w internecie.

Tak, zapisała się na Sympatię kropka pe el. Tak, wystawiła na widok publiczny swoją twarz. Uśmiechnęła się do zdjęcia. Pracowicie zaklikała odpowiednie kwadraciki przy pytaniach kogo szuka, po co szuka i dlaczego szuka.

Szuka.

Zadeklarowała, że szuka.

Podała swój wiek, kolor oczu, wzrost.

Kliknęła przycisk „akceptuję” pod regulaminem. Kliknęła „akceptuję” pod zdaniem: deklaruję, że jestem zdesperowana, życie mi nie wyszło i gdzieś, w którymś momencie przegrałam, błąd popełniłam. Dlatego oddaję się szwajcarsko-niemieckiej korporacji Ringier Axel Springer i za jedyne 19,99 PLN pozwalam handlować moją twarzą, wzrostem i kolorem oczu w supermarkecie.

Bo to jest supermarket. Targ. Półki zastawione Maćkami, Krzyśkami, Tomkami i Marcinami. Oraz nią i tysiącami innych dziewczyn, które w którymś momencie po prostu źle skręciły i życie zaprowadziło je w ślepą uliczkę. Pustą uliczkę.

Teraz one i oni jednym kliknięciem mogą zamówić sobie kogoś w tym internetowym sklepie. Tylko kogo?
Oprócz tego, że każdy uprawia sport i czyta poważną literaturę, to oczywiście pręży bicepsy i uśmiecha się wyretuszowaną w Photoshopie twarzą z trzydniowym zarostem.

– Zawsze, kurwa, trzydniowym – pomyślała. Za każdym razem.

Ale skoro kliknęła już „akceptuj”, to musiała zaakceptować też fakt, że wypada kogoś z tego sklepu wybrać. Więc wybrała. Być może dlatego, że nie popełniał błędów ortograficznych, nie miał na zdjęciu samochodu, ani egipskiej piramidy All Inclusive, nie miał koszulki z Żołnierzami Wyklętymi, tylko zapytał czy ma ochotę się upić.

Miała.

Umówił się z nią na Nowym Świecie, bo gdzie indziej w Warszawie można się umówić. Spóźniła się cztery minuty. Czekał bez bukietu kwiatów, co zapisała na jego plus. Usiedli we Flow na Chmielnej, co zapisała na jego minus. Zła muzyka, którą można usłyszeć w Radiu Eska. Żywiec za 14 złotych i wymuszone uśmiechy kelnera. Na telewizorze jakiś mecz. Na górze można było palić. To dobrze.

– Nie pijesz drinków? – spytał ją ustami dookoła których kiełkował obowiązkowy trzydniowy zarost.
– Dzisiaj piję piwo. Lubię piwo.
– Nietypowo.
– Nietypowe to jest umawianie się z potencjalnym gwałcicielem i psychopatą przez internet

Obserwowała reakcję. Zaśmiał się, może nawet szczerze. Ale najważniejszy był ten ułamek sekundy między momentem, w którym jego mózg zarejestrował zdanie, a rozciągnięciem mięśni twarzy. Przez ten ułamek sekundy w jego oczach błysnęła uraza.

Jak ona mogła tak o nim pomyśleć?
No jak mogła?
Ten ułamek sekundy kazał jej się zastanowić: może to dobry chłopak?

Oczywiście gadał. Gadał o swojej pracy w korporacji, której nazwy nie zapamiętała, na stanowisku bliźniaczym do wszystkich innych stanowisk korporacyjnych. O zarządzaniu projektem, czy czymś podobnym. W ten sposób dzisiejsi mężczyźni prężą muskuły i pokazują zęby. W ten sposób obiecują dziewczynie mięso z mamuta i ciepłą jaskinię. – Mam pracę i umiem cię utrzymać – to pierwsza rzecz jaką sygnalizuje dzisiejszy samiec. Praca definiuje ich, ustawia na właściwej półce, w ich mniemaniu nawet na piedestale.

I ona ich wcale nie wini.

Grono przeciętnie tępych, mało aspirujących i życiowo niesamodzielnych kobiet przyzwyczaja ich do tego odkąd skończyli srać w pieluchę.

– Typowo – powiedziała.
– Co typowo? – zapytał znad Żywca.

Widziała, że piwo mu nie smakuje, widziała, że miał ochotę na jakiegoś mieszanego drinka z dobrym alkoholem, ale próbował dostosować się do niej. Zapisała mu to na minus.

– Typowo rozmawiamy o rzeczach, o których nie powinniśmy rozmawiać. O pracy. O zainteresowaniach. O tym, że lubisz filmy Quentina Tarantino. Prawie wszyscy lubią filmy Quentina Tarantino. Nikt już nie odpowiada na pytanie: kim jesteś.
– Jak to, kim jesteś?
– Nie zauważyłeś tego? Nikt już nie odpowiada: jestem człowiekiem, jestem Marcin, jestem fanem Manchester United, jestem niekochanym dzieckiem moich rodziców, niech będzie, nawet jestem cholernym filatelistą. Za to słyszysz: jestem media executivem, softare developerem, planing menagerem. Praca – to co miało nam zapewnić środki do życia, stało się po prostu życiem. I zaczęło nas określać.
– A ty kim jesteś? – zapytał szybko.

Zapisała mu to na plus.

– Ja jestem niedopita – uśmiechnęła się i złapała przechodzącego kelnera. Zamówiła kolejne dwa piwa. Niech cierpi.

Opowiedział jej o swojej samotnej wycieczce do Indii. Z plecakiem, w sandałach, chodził po górach, jadł z ludźmi, których języka nie rozumiał, chłonął widoki i spokój. Chłonął spokój. Naprawdę użył takiego stwierdzenia. Minus.

Pojechał tam po ciężkim rozstaniu, po kobiecie z którą planował swoje życie, w której umieścić chciał swoje dzieci i książkowo, standardowo zestarzeć się trzymając się za ręce i wierząc w wieczną miłość. I tak, ta kobieta – zapewniając, że kocha – upiła się któregoś razu i obciągnęła koledze w toalecie. Takiemu koledze, co to zawsze jest gdzieś obok, ale kochanie, po co ty robisz ciągle pretensje, przecież my się tylko przyjaźnimy i nigdy nic.

Nigdy. Nic.

Aż nagle coś.

To już  jej interpretacja, on powiedział o tym bardziej oględnie, a raczej dał jej się tego domyśleć. Plus.
Powiedziała mu oczywiście, że rozstaniowe wycieczki do Indii, plecak i kilometry zrobione, by zająć czymś krwawiące serce to jeden z największych schematów jakie można sobie wyobrazić.
Odpowiedział, że zawsze to lepiej niż zapijać się w jakimś ciasnym barze i podrywać nawalone 18-latki.
Przyznała mu rację.

Gdzieś między czwartym, a piątym piwem wiedziała już, że nie będą się spotykać i nie zestarzeją się trzymając się za ręce.
Gdzieś między czwartym, a piątym piwem przestała liczyć te plusy i minusy.
Gdzieś między czwartym, a piątym piwem zaczęła się zastanawiać, czy nie iść z nim do łóżka.

– Jeszcze po jednym? – zapytał patrząc jej prosto w oczy.
Była pijana. Chciała być pijana jeszcze bardziej.

Pojechali do niego. Oczywiście mieszkał na Mokotowie, oczywiście miał czyste i ładne mieszkanie, w którym świeciły lampy osadzone w kartongipsie pomalowanym na stonowane kolory. Całował tak, jak całować powinien.

Po wszystkim zamówiła taksówkę. Nie zatrzymywał jej.

W domu, w jej wynajmowanych czterech ścianach, na stanowczo nie ekskluzywnej Woli, bez bajeranckich lampek, katrongipsów, bez stonowanych kolorów, pośród gratów i leżących na podłodze książek, przed dużym lustrem w drewnianej ramie, które kupiła kiedyś od sąsiada za równowartość pół litra wódki, w tym mieszkaniu, które już dawno przestało być jej miejscem na świecie, siedziała na podłodze i uśmiechała się.

Uśmiechała się patrząc we własną, odbitą w lustrze twarz. Uśmiechała się patrząc na płynące po policzkach łzy. Uśmiechała się, mimo że miała ochotę krzyczeć i bić się po twarzy. Uśmiechała się czując, jak serce przyspiesza, jak pompuje krew szumiącą w skroniach.

– Hedonizm już dawno przestał być odpowiedzią na cokolwiek – powiedziała mu wtedy, gdy doszedł i zwalił się całym ciężarem obok.
Nie musiał pytać. Ale zapytał.
– Spotkamy się jeszcze?
– Przecież wiesz.
Wiedział.

Siedziała, patrzyła w lustro, patrzyła na twarz, w której matka widziała kiedyś swoją małą księżniczkę, a ojciec kogoś, z kogo w przyszłości będzie dumny. Patrzyła na kogoś, kto nie tak znowu dawno miał przed sobą nieskończoną ilość dróg i możliwości wyboru. Na kogoś, kto mógł przejść przez życie zupełnie inaczej niż ona.

Na kogoś, kto nie kliknąłby „akceptuj” pod internetową deklaracją: poddaję się.

Myślała o tym, że osoba, której twarz widziała w lustrze chciała kiedyś przeżyć swoje życie, a złapała się na tym, że je po prostu przeczekuje. Dzień po dniu. Po jednej godzinie naraz. Po minucie.

Ta osoba złapała się na tym, że codziennie jadąc do pracy myśli, że odbębni te osiem – dziesięć – dwanaście godzin, jeszcze godzina w korku, potem kupi chleb, ser, sałatę, butelkę wina czy kilka piw, obejrzy film i zaśnie w taniej pościeli z IKEI.

Złapała się na tym, że już rano, za kierownicą, pomiędzy setkami takich samych jak ona szarych ludzi, myśli sobie: jakoś to przeczekam. Jakoś przeczekam ten dzień.

Jeden dzień naraz.
Przeczekuję. Nie żyję.

Otworzyła wino i piła je w półmroku, patrząc w twarz dziewczyny, która miała kiedyś przed sobą wiele dróg. Piła prosto z butelki myśląc, że przynajmniej dziś, przynajmniej przez te kilka godzin, wydawało jej się, że niczego nie przeczekała. Żyła. Dobrze, czy źle, ale przynajmniej żyła.

Wydawało się.

19 Responses

  1. Przeczytałam kilka tekstów i byłam pod wrażeniem ich trafności, wrażliwości autora. Ten jednak mnie bardzo rozczarował. Jest bardzo jednostronny i niesprawiedliwy dla tych osób, które próbują znaleźć szansę na nowy związek, a zostali potraktowani jak ‚towary’ w sklepie i ludzie przegrani, którzy popełnili jakiś błąd i teraz są sami. To okrutne. A może jest na odwrót? Może ktoś wyzwolił się z jakiegoś toksycznego związku i szuka kogoś z nadzieją na kolejny lepszy związek? Nie poddaje się, próbuje dalej. Dla mnie są to ludzie odważni bo nie boją się ujawnić, odsłonić. Są aktywni i nie czekają biernie na to że ktoś ich znajdzie. Poza tym wiele osób znalazło w ten sposób swoich partnerów. Nie rozumiem intencji autora…

    1. Hm. Proszę nie brać do siebie, to opowiadanie jest, a nie prawda objawiona. Bo prawdy to ja przecież nie znam. Zwłaszcza prawdy o tym, co ludzie robią by znaleźć jakieś szczęście

  2. Napisz. Napisz proszę książkę taką jak ten tekst. Wciągającą, poruszającą i skłaniającą do refleksji.

  3. Rozczarowania są wpisane w nasze żywoty. Ważne chyba żeby nie być rozczarowanym sobą, cokolwiek by się działo. Moja koleżanka zalogowała się na sympatii, poznała „ideała” – tak jak wyżej. Miała fajne 2-3 spotkania, fajny seks. Potem już było gorzej, na minus. Ale nie została rozczarowana (nie wiem czy on). Dla niej te 19,99 zostało wydane na plus.

    1. Ja nie mówię, że każda randka jest zła, broń boże 🙂 Ja tylko sobie stukam w klawisze.

  4. Zaufać życiu, to jedyna droga, aby nie mieć wrażenia przeczekiwania. Wierzę w swoje codzienne, poranne zmartwychwstania, poddaję się fali życia i płynę z nurtem, a zjawisko śmierci najlepiej oswoić. Jest czymś tak naturalnym, jak narodziny. W momencie narodzin mamy w życie wpisaną śmierć i zbliżamy się do niej dzień po dniu. Życie samo w sobie jest takim cudem, że nie czaję tej tęsknoty za byle czym i karmieniem się tą krótką, pełna iluzji chwilą, która zamienia nam życie w erzac. Docierajmy do swego wnętrza i nie próbujmy zagłuszać swoich prawdziwych potrzeb namiastkami.
    Ech, kocham cię życie nad życie !!!!! 😀

    1. Nie zawsze łatwo do tego wnętrza dotrzeć 🙂 Ani nie dzieje się to szybko. Ale podoba mi się Twój optymizm 🙂 Serio

  5. Jeden z licznych sposobów przeczekiwania. Czy mam samej sobie zapisać na plus, czy na minus fakt, że świadomość przeczekiwania czasu do zejścia mam od bardzo, bardzo dawna? I to nawet nie trzeba być formalnie samotną, można mieć całkiem fajnego partnera, można mieć całkiem ciekawe pasje, można nawet czasami czuć się dobrze – ale ta świadomość siedzi w tyle głowy. I nawet da się z nią w jakimś stopniu oswoić. To tylko sen. Minie.

    1. Można. Można mieć, a i tak przeczekiwać – tak, jak piszesz.. Ale wiesz, można też spróbować to zmienić. Nie zawsze będzie łatwo, ale chyba warto spróbować. Chyba.

      1. Akceptacja i momenty czucia się dobrze to właśnie efekty „robienia z tym czegoś” – skutek długiej (wieloletniej) i ciężkiej pracy własnej i specjalistów oraz dobrze dobranych leków 😉 Z materiału, jaki miałam do dyspozycji (zarówno tego, jaki dała mi genetyka, jak i tego, którym obdarowali mnie ci, którzy mnie na ten świat powołali), i tak wykułam coś całkiem niezłego. Większość posiadaczy pierwotnej bazy takiej jak moja wykuwa z niej nie melancholijne przeczekiwanie życia w jako takim komforcie i z miłymi akcentami, lecz znacznie mniej urocze pokoje bez klamek albo średnio zaciszne kąciki na dworcach. Tak więc… mogło być gorzej.

Dodaj komentarz