Media Polityka

Propaganda TVP, czyli zespół skaczących Francuzów

propaganda tvp krzysztof ziemiec

Beata Szydło znów na mnie krzyczy, stężała twarz Krzysztofa Ziemca znów obraca się do mnie i mówi o zdradzie, a wiceminister Jarosław Zieliński znów odwala przaśną propagandówkę. W takich chwilach przypomina mi się zespół skaczących Francuzów z Maine, nadzy Eskimosi popełniający samobójstwa, Indianie Ojibwa pożerający własne matki i kulturowo warunkowane zachowania histeryczne.

Wiem, wiem. Namotałem już od samego początku i można się pogubić. Sam się w tym wszystkim już gubię. Ale co zrobię, że te wszystkie rzeczy kłębią mi się w głowie jednocześnie. Wciąż i wciąż się kłębią, a uruchamia je guzik pilota, którym niestety czasem muszę włączyć telewizor.

Najpierw była ta niepokojąco stężała twarz Krzysztofa Ziemca w Wiadomościach TVP. Nie wiem, może gdy się zarabia 33,5 tysiąca złotych polskich miesięcznie za czytanie z promptera i promowanie propagandy własną twarzą, to ta twarz w końcu tężeje w jakimś wewnętrznym proteście.

Więc (zdania nie zaczyna się od więc) Ziemiec siedział sobie i tężał, a poniżej jego klatki piersiowej zobaczyłem napis: „4 czerwca – symbol zdrady i zmowy elit”. A potem propaganda TVP pokazała mi to, do czego już mnie przyzwyczaiła.

ziemiec propaganda tvp 4 czerwca

Żeby nie było – ja nie jestem (zazwyczaj) przygłupem i rozumiem, że ktoś w partyjnej telewizji postanowił sobie zestawić dwie daty: 4 czerwca 1989 i 1992. Pierwsze częściowo wolne wybory i upadek rządu Olszewskiego, który dla wielu jest efektem spisku właśnie. Początek długiej, bo długiej, ale jednak drogi, którą przeszliśmy od PRL do dzisiaj zestawili z odwiecznym kompleksem prawicy o tym, że Olszewski upadł niesłusznie. Tak bywa i co zrobić. Rząd Suchockiej upadł na przykład, bo poseł Dyka miał akurat mocną sraczkę i nie dotarł na salę sejmową. A przecież ani upadek Olszewskiego, ani Suchockiej nie są największymi patologiami w naszej polityce.

Ale dlatego, że nie jestem przygłupem, nie dam sobie wmówić, że w jednej narracji, w jednej propagandzie i w jednym materiale przeszli sobie niechcący od 89 do 92 i to zostało po prostu niefortunnie odebrane.

Niechcący, to można puknąć żonę sąsiada. Takie rzeczy zdarzają się u ludzi częściej, niż niezamierzona propaganda.

Ta propaganda TVP jest zamierzona i celowa. Ale do tego jest po prostu nieudolna. Ziemiec tłumaczy się teraz w Wirtualnej Polsce, że „jego odcinkiem” jest tylko zapowiedź materiału. Za to dostaje te 33,5 klocka i tylko za to odpowiada.

Czyżby?

Tak, jak nie lubię ludzi mówiących „moja osoba”, tak nie lubię osób mówiących „mój odcinek pracy”. Odcinek pracy, panie Ziemiec, to pan masz jak asfaltujesz drogę gminną, a nie kiedy pieprzysz mi z telewizora partyjną narrację. To raz.

Dwa, że pan nie tylko czytasz z promptera. Pan dostajesz te 33,5 tysiąca za legitymowanie tych bzdur swoim obliczem. Swoim garniturkiem i ładnym krawatem. Za to panu płacą, więc pan się przynajmniej od tego nie odcinaj.

Zresztą propaganda TVP to jest temat rzeka. Nie ogarnę tego, nie prześledzę, nie wynotuję wszystkich przykładów, choćbym się zesrał, jak poseł Dyka.

Za dużo tego wszystkiego wylewa się na mnie codziennie. Ot, choćby 1 czerwca w Dzień Dziecka premier Morawiecki wziął udział w jakimś porannym programie śniadaniowym. Wiecie, takim w którym wam powiedzą, jak zrobić biszkopt, wytłumaczą, dlaczego trzeba powiesić przeciwników PiS na latarniach i pokażą, jak tańczy Zenek Martyniuk ze Stanisławem, czy innym Sławomirem.

I siedzi ten Morawiecki i gada coś, a dzieci biegają wokół i jest bardzo sympatycznie. I – jak pisano kiedyś w starych komiksach – WTEM! Jednemu chłopcu przewraca się samochodzik.

TVP.info relacjonuje to mrożące krew w żyłach wydarzenie w następujący sposób: Samochód jednego z gości przewrócił się w ogrodach KPRM. Premier ruszył na pomoc.

I dalej: Mateusz Morawiecki pomógł przechodzącemu obok dziecku, które nie mogło sobie poradzić z ciągniętym na sznurku samochodem. Widząc, że auto się przewróciło, premier ruszył na pomoc. – Fantastyczne autko masz – tak szef rządu komplementował małego gościa.

propaganda tvp Morawiecki Dzień Dziecka

To jest właśnie ich problem. Nie to, że pracują dla partii udając dziennikarzy. Nie to, że robią propagandę. Ale to, że są w tym tak koszmarnie nieporadni, że nawet to im nie wychodzi. Chociaż czemu się dziwić – mówimy o portalu TVP.Info, którego szefem partia zrobiła Smoleńskiego Portugalczyka, Samuela Pereirę, który z dziennikarstwem ma tyle wspólnego, co wiceminister spraw wewnętrznych Jarosław Zieliński ze skromnością.

propaganda TVP

No właśnie – minister Zieliński. On też osaczył mnie w ostatnich dniach za sprawą partyjnej propagandy. Pamiętam człowieka jeszcze sprzed kilkunastu lat, gdy Lech Kaczyński przywiózł go w teczce z urzędu rejonowego miasta Suwałki do miasta Warszawy. I od razu zrobił go burmistrzem najważniejszej dzielnicy – Śródmieścia.

Lata mijają, a pan, panie Zieliński, nic się nie zmieniłeś. Tak jak w 2002 roku napuszony, w pogniecionym garniturze siedziałeś pan za biurkiem w urzędzie na Nowogrodzkiej 43, tak napuszony i pognieciony siedzisz pan teraz w ministerstwie na Batorego 5.

Ale czasem ruszasz pan w Polskę. Niestety.

Wybory samorządowe za pasem, więc jeździcie jak pojebani po tej mojej Polsce i promujecie partię. Pan dostał najwidoczniej rodzimy odcinek podlaski i pojechał pan do Sejn. I podarował pan mieszkańcom i miejscowej policji przepiękny, nowiutki radiowóz.

Problem w tym, że ten radiowóz patroluje ulice Sejn już od dwóch miesięcy, a innego prezentu pan nie miał. No to przyszedł rozkaz: policjanci i auto zostały ściągnięte z ulic. Radiowóz mundurowi musieli wypucować i doprowadzić do stanu wręcz fabrycznego. W godzinach pracy oczywiście. I stali i czekali z tą kią ceed na pana, aż wreszcie! Pojawił się pan w towarzystwie księdza i urządził pan przaśną szopkę przekazania starego-nowego radiowozu. Ksiądz poświęcił auto (bo, jak inaczej!), pan się sfotografował i fajnie jest.

Święcenie auta pod ministerialnym nadzorem. Fot: policja Sejny

Zdjęcia wyszły całkiem całkiem, ludność zadowolona i tylko pytanie: nie uważasz pan, że szkoda czasu na udawanie? Tego czasu, w którym radiowóz naprawdę mógłby jeździć i patrolować, a policjanci nie musieliby go pucować, występować w filmie Barei i malować trawy na zielono, bo przyjeżdża partyjny dygnitarz?

Zresztą, kogo ja pytam.

Przypomnę z kronikarskiego obowiązku skromne kalendarium.

Grudzień 2016. Pan wiceminister Zieliński odwiedza Białystok, dlatego policjanci zostają ściągnięci z ulic i muszą ciąć nożyczkami konfetti. Te skrawki papieru zostaną potem zrzucone z helikoptera kupionego za pieniądze podatników, latającego na paliwie za pieniądze podatników, na głowę pana wiceministra opłacanego z pieniędzy podatników, by pan wiceminister poczuł się kimś wyjątkowym i mile widzianym.

Grudzień 2016, kilka dni później. Augustów. Pan wiceminister Zieliński odwiedza miasto, więc znów trzeba uświetnić jego wizytę. Policja ściąga na miejsce (tak, TO NIE ŻART) grupę tancerek-emerytek o nazwie „Sen Hawajów”. Seniorki ustrojone hawajskimi wieńcami kwiatów wykonują przed wiceministrem wyspiarskie pląsy. Całość wygląda tak kuriozalnie, że naprawdę warto kliknąć przycisk „play” w filmie poniżej.

Listopad 2017. Wydminy koło Giżycka. Pan wiceminister Zieliński ma pragnienie przejść przez ulicę. Dlatego ulica musi być zamknięta i zastawiona pachołkami, musi być też policyjna obstawa. Do tego pada deszcz, a czerep pana wiceministra moknąć nie lubi. Dlatego zostaje wyznaczony specjalny człowiek do niesienia za panem politykiem parasola.

propaganda tvp zieliński wydminy parasolCholera jasna, królowa angielska, która ma chyba ze 235 lat i pozycję dużo wyższą od pana Zielińskiego, umie sama sobie przytrzymać parasol, a on nie umie?

To niejedyne wybryki pana wiceministra, ale ja nie jestem jego stalkerem, a słyszę też głosy, że piszę za długie teksty, więc zostawmy Zielińskiego i lećmy dalej.

Lećmy do pani wicepremier Beaty Szydło, która znów na mnie nakrzyczała.

Ogólnie nie lubię, jak ludzie podnoszą na mnie głos, bo robię się wtedy bardzo agresywny. A ona nie dość, że wcześniej darła na mnie twarz z telewizora, że „nagrody jej się należały”, to jeszcze teraz krzyczy na mnie znowu.

Krzyczy, bo opozycja chciała ją odwołać z funkcji wicepremiera do spraw społecznych, bo sprawami społecznymi się nie zajmuje. Wiecie, chodzi o niepełnosprawnych, którym rząd Szydło i Morawieckiego nie chce rzucić paru groszy, bo to nie jest grupa społeczna z którą należy się liczyć w wyborach.

Więc (zdania nie zaczyna się od więc) pokrzyczała sobie Beata. Że 500+, i że ma największe zasługi w polityce społecznej właściwie od czasów bitwy pod Cedynią. No ok, 500 zł dla polskich rodzin to fajny dodatek socjalny, jednak psychika zaczyna mi migotać, jak obraz w zepsutym telewizorze, gdy słyszę, że rząd coś komuś dał.

Rząd nie dał, bo nie ma własnych pieniędzy. Najpierw każdemu Polakowi wyjął z kieszeni podatnicze tysiące, by potem niektórym dać złotych 500.

A to, czy nas na to stać okaże się za jakieś 5 lat.

Wracając do Beaty Szydło – znów propaganda TVP zrobiła swoje. W Wiadomościach telewizji partyjnej powiedziano, że opozycja miała słabe argumenty i atakowała Szydło tak zupełnie bez powodu. W tych samych Wiadomościach premier Morawiecki powiedział mi, że przed PiS moje życie było kiepskie, a teraz jest wspaniałe. Beata Szydło wykrzyczła mi „500+”, a pan partyjny reporter ogłosił, że teraz wreszcie mogę wyjechać na wakacje, bo wcześniej zabraniała mi tego Agata Młynarska.

Serio. Dowiedziałem się, że przed rządami PiS nad polskim morzem – w takim Mielnie, czy Władysławowie – były puste plaże, po których snuli się tylko celebryci uprawiający jogę (tfu!). A teraz wreszcie Polak może sobie tam wyjechać, bo kochana Beata dała mu pieniądz.

No kurwa mać. Powtórzę. Nawet nie chodzi mi o to, że partyjna telewizja robi partyjną propagandę – od tego w sumie jest. Chodzi mi o to, że robi to nieudolnie, głupio i nieprofesjonalnie. Zatrudniając przypadkowych ludzi, którym przy prompterze tężeją twarze.

I właśnie w takich chwilach przypomina mi się zespół skaczących Francuzów z Maine.

Nauka nazywa czasem takie zachowania „kulturowo uwarunkowanym zespołem strachliwości”. Lub kulturowo uwarunkowaną histerią. Lub kulturową psychozą. Powiem wam, że ja mam taki uwarunkowany zespół strachliwości za każdym razem, kiedy widzę Mateusza Morawieckiego i Beatę Szydło w jednym pomieszczeniu.

Histeria uwarunkowana kulturowo to nie do końca zbadane zjawisko objawiające się rozmaitymi zachowaniami psychotycznymi i schizofrenicznymi. Ciekawostką (piszecie, że lubicie moje ciekawostki) jest fakt, że w zależności od szerokości geograficznej i wierzeń ludowych objawy choroby są całkowicie odmienne.

Zespół skaczących Francuzów z Maine to histeria dotykająca drwali w kanadyjskiej prowincji Quebec (zdiagnozowana w 1880 roku u ludzi przebywających akurat w stanie Maine – stąd nazwa). Co jakiś czas, jakaś przypadkowa osoba, pod wpływem nieznanych bodźców uaktywnia w swoim mózgu „kulturowo uwarunkowany zespół strachliwości” i zaczyna szaleć. Niektórzy kompulsywnie podskakują – stąd nazwa. Niektórzy przejawiają niekontrolowane ruchy mięśni i po prostu dziwnie się trzęsą. Niektórzy w równie niekontrolowany sposób wyrzucają z siebie potok przekleństw przejawiając objawy podobne do zespołu Tourette’a. Niektórzy deklamują bezbłędnie zasłyszany przed chwilą tekst po łacinie, w języku którego przecież nie znają.

A niektórzy łapią za siekierę, bo są akurat francuskojęzycznymi drwalami i siekierę pod ręką mają. I podskakują i trzęsą się i deklamują i tą siekierą rozłupują czaszki najbliższych – na przykład  żony i dzieci.

To dzieje się na całym świecie. Ten kulturowo uwarunkowany zespół strachliwości.

Indianie Ojibwa z północy Stanów Zjednoczonych mają na przykład psychozę Wendigo. Nazwa pochodzi od znanego w ich kulturze zbudowanego z lodu ducha, który powstaje z człowieka, którego miłością kiedyś ktoś pogardził. Psychoza Wendigo jest jednak terminem medycznym i psychologicznym. Oznacza sytuację, w której po długich epizodach depresyjnych pewnej nocy budzimy się i nie jesteśmy do końca sobą. Wtedy rzucamy się na śpiących członków rodziny, przegryzamy im gardła i pożeramy ich stygnące mięso na surowo. Ta choroba psychiczna występuje tylko w określonym plemieniu Indian i należy do psychoz warunkowanych kulturowo. Badacze twierdzą, że jest to rodzaj schizofrenii, na którą wpływ mają wierzenia i legendy danej społeczności – podobnie, jak u skaczących Francuzów.

Eskimosi mają Pibloktoq – czyli histerię arktyczną. Ofiara tego kulturowo motywowanego obłędu zrywa z siebie ubranie, po czym nago skacze po krach, aż znika gdzieś pod lodem.

Wśród autochtonicznych ludów Syberii – Samojedów, Ałtajów, Jakutów i innych – znana jest pokrewna choroba, biała gorączka. Tam nago ucieka się w tajgę i biegnie się, dopóki ciało nie zamarznie i nie padnie bez ducha gdzieś pośród karłowatych, iglastych drzew.

W Indonezji i Papui Nowej Gwinei cierpią za to na chorobę Matah, która na szczęście objawia się mniej destrukcyjnie. Chorują głównie kobiety, a psychoza objawia się efektem echo. Chora imituje ruchy i gesty ludzi, których właśnie widzi. Dotyczy to również telewizji. Jeśli ofiara choroby ma atak przed telewizorem, to godzinami może się zawiesić i powtarzać to, co widzi na ekranie. Wyobraźcie sobie taką chorobę w Polsce, podczas występu Ziemca. Cały kraj, kurwa, by stężał.

W Indiach mają za to Amok, które to słowo weszło nawet do naszego słownika. To uwarunkowana kulturowo psychoza objawiająca się niekontrolowaną żądzą mordu. Chory bierze, co ma pod ręką i biegnie mordować tych, których również pod ręką ma. Nazwa pochodzi od zachowania oddzielonego od stada słonia, który pędzi na oślep tratując wszystko i wszystkich.

W Chinach, ale także w Nigerii, Ghanie, Senegalu i Kamerunie mężczyźni cierpią z kolei na Koro, lub (pod inną nazwą) Sou Yang. Choroba – jakby to nie brzmiało – objawia się panicznym lękiem przed zmniejszaniem penisa w stanach niekontrolowanego strachu, lub histerycznego pobudzenia. „Koro” znaczy „głowa żółwia” i kulturowo schizofreniczny Chińczyk czuje właśnie coś takiego: że „pomniejsza swoją wartość kulturowo-społeczną” i jego penis, jak głowa żółwia chowa się do skorupy, czyli do wnętrza ciała. Sprawa jest poważna na tyle, że wybuchają nawet epidemie tej choroby. W 1967 roku w Singapurze tylko jednego dnia na ostry dyżur, do jednego szpitala zgłosiło się 97 Chińczyków przekonanych, że ich penis się kurczy. Z kolei w Afryce choroba kurczącego się penisa wywołała epidemię kolejno w latach: 1996, 1997, 2003, 2008. Do „chińskich” objawów doszło tam masowe oskarżanie sąsiadów o „kradzież mojego penisa”. Wyobraźcie to sobie.

U Japończyków, jak to u Japończyków – wszystko objawia się fobią społeczną, a więc także uwarunkowana kulturowo histeria. Ma tam nazwę taijin kyōfushō i chorzy są przekonani, że nikt ich nie chce, nikt ich nie lubi i nikt nie chce z nimi rozmawiać i z nimi przebywać. Dodatkowo – co ciekawe z punktu widzenia medycyny – chorzy czują od siebie przykry, nieistniejący w rzeczywistości zapach. Ten wyobrażony odór jest przyczyną smutnej, dożywotniej samotności wielu Japończyków.

Jedźmy dalej. Na Haiti mają Bouffée délirante, halucynacje objawiające się agresywnym i niekontrolowanym zachowaniem.

W Nigerii, gdy położysz się do łóżka możesz zachorować na „ugryzienie mózgu” – okropny ból karku i oczu podczas snu.

W Korei, kiedy zdenerwujesz się na kogoś o wyższej pozycji społecznej możesz zapaść na Hwabyeong, co objawia się: nagłym kołataniem serca, uciskiem w klatce piersiowej, bólem głowy i gorączką. Jak inne uwarunkowane kulturowo choroby, ta spowodowana jest hierarchicznym społeczeństwem Azjatów, w którym ten niżej nie może powiedzieć złego słowa temu wyżej. No, zawsze to lepsze niż znikający penis i mordowanie żony francuską siekierą, prawda?

I tak dalej i tak dalej. Tego jest masa, a wszystko składa się na jedną ogólną chorobę: zaburzenia histeryczne warunkowane kulturowo.

Nie wiem niestety, jak zespół kulturowej psychozy objawia się u nas, Polaków. Z tego co wiem, nikt nas nigdy pod tym kątem nie przebadał – a szkoda.

Ale wiem tyle, że gdy Beata Szydło zaczyna na mnie krzyczeć, a propaganda TVP wylewa się ze stężałych ust Krzysztofa Ziemca, budzi się ze mnie Wendigo, Pibloktoq, Bouffée délirante i skaczący Francuz na dokładkę.

I myślę, że nie tylko we mnie się budzi.

W opracowaniu na temat obłędu o tytule „Oskar”, Peter J. Wilson stawia tezę, że szaleństwo jest reakcją jednostki na pozbawienie jej osobowości przez większość społeczeństwa. Jedyną drogą ucieczki od intelektualnej i społecznej opresji jest dla tej jednostki szaleństwo właśnie. Obłęd może więc być dla niej formą samoobrony.

Fajnie by było, gdyby choć na chwilę te wszystkie Szydło, Ziemce i obsypane konfetti ministry Zielińskie dali mi się uspokoić.

Nam się dali uspokoić. Zanim w ramach samoobrony popadniemy masowo w obłęd

Bo skoro wszyscy na świecie mają uwarunkowaną kulturowo chorobę, to my – Polacy – też musimy ją mieć.

Ciekawie by było, gdyby nasza kulturowa choroba objawiła się Jagienkizmem Reymontyzmem – czyli wywożeniem wkurzających Ziemców na taczkach pełnych gnoju.

Choć może nasz kulturowy obłęd już się objawił i my tego nie zauważyliśmy. Być może objawia się on apatią, brakiem sprzeciwu wobec polityków i marną frekwencją w wyborach.

Jeśli tak, to mamy raczej przekichane.

 


Tekst powstał przy wsparciu Patronów.
A gdybyście i wy mieli ochotę rzucić we mnie monetą i wesprzeć moją pisaninę, to będę bardzo wdzięczny. Tu trochę o tym piszę. Jak chcecie, kliknijcie poniżej.


26 Responses

  1. Właśnie zostałem Twoim patronem. Dziękuję Ci, jeszcze nie wiem kim jesteś, ale przeczytałem Twoje trzy teksty i jestem porażony Twoją błyskotliwością i lekkością klawiatury? Bo już chyba nie pióra w naszych czasach 😉 super gratuluję i zagłebiam się w kolejne!

  2. Świetny tekst – ogólnie, bardzo lubię Twoje wpisy, zwłaszcza różne, niecodzienne skojarzenia i trafne analogie 🙂
    Chciałam tylko zwrócić uwagę (zboczenie związane z kierunkiem studiów ^^”) na jedną literówkę, jaka wkradła Ci się w nazwę syndromu Japończyków – nazywa się poprawnie „taijin kyofusho”. Japońskie sylaby nie mogą kończyć się na spółgłoskę (z wyjątkiem „n”, które może występować samodzielnie, bez samogłoski). Taka transkrypcja jest okej, bardziej dokładna byłaby jeszcze z zaznaczeniem długości samogłosek – taijin kyōfushō (2x długie „o”). Bez makronów zapisywałoby się to jako „kyoufushou”.
    Pozdrawiam i życzę dużo energii do dalszych wpisów!

    1. Baaaardzo dziękuję za ekspercką wiedzę 🙂 Poprawiam ten japoński. I dzięki za komplement!

    1. Podobno jest. Jakiś rodzaj delirki – chyba. Tylko, że zakładam, że alkohol jest katalizatorem, a choroba jednak dotyka ludów Syberii. U nas alkohol działa jednak inaczej.

  3. może by tak zbiorowe wystąpienie zespołu skaczących francuzów w okolicach sejmu?

  4. Kocham Pana, Panie Borsuku miłością platoniczną 🙂 Za lekkość pióra, za celność spostrzeżeń, za wyważoną ironię, za…

  5. Jak na moje to ta choroba na Wisłą nazywa się pierdolec i cierpi na nią większość społeczeństwa.

  6. Jak zwykle w punkt. Czytam zawsze do porannej kawy i zawsze nieodmiennie się zachwycam. A w przeciwieństwie do Pana Wasilewskiego uważam, że te białe litery na czarnym tle właśnie ułatwiają czytanie.

    1. A ja 🙂 Ale nie przedstawiam się, bo to nie ma znaczenia dla treści. Tak mi się przynajmniej wydaje.

  7. Fajny tekst i bardzo ciekawy 🙂 Jestem z wykształcenia psychologiem, a o dużej części tych przejawów histerii nie słyszałem .

  8. UWAGA OGÓLNA o ‚NIENAWIŚCI’

    Czytam od początku, nawet regularnie, z wielką atencją.
    Tylko ta maniera prezentacji (białe litery na czarnym tle)
    utrudnia mi obcowanie z tekstem, burzy smakowanie fraz,
    sprawia wręcz fizyczną przykrość i utrudnia skupienie na treści.
    Kilka razy już skopiowałem tekst i przełożyłem do edytora,
    ale to – przyznasz – nie to samo (bo znika anturaż i nastrój).
    Taki więc mam problem…

    1. A ja pozwolę się nie zgodzić. Właśnie dlatego, że jest biało na czarnym, przynajmniej dla mnie, czyta się dużo przyjemniej i oczy nie bolą 🙂 Gdyby było odwrotnie, uważam, strona dużo by straciła na przejrzystości i przyjemności z czytania, w dodatku niczym się nie różniąc od edytora tekstu. Jestem za tym, żeby zostało tak, jak jest 😉

      1. Kiedyś (nie wiem kiedy, ale kiedyś) zbiorę trochę kasy i znajdę magika, który postawi mi tę stronę na nowo. Wtedy będzie można sobie wybrać – czarne na białym/białe na czarnym. Albo w ogóle będzie jeszcze co innego. Tymczasem proszę o cierpliwość: to, co tu postawiłem to szczyt moich umiejętności technicznych 🙂

  9. Zgadzam się z każdym zdaniem. No może z prawie każdym. Kiedyś, zaprzyjaźniony polonista powiedział mi, że mit o tym iż zdania nie zaczyna się od „więc” to bzdura 🙂

    1. Ja wiem, że bzdura 🙂 Ale moja polonistka z podstawówki tego nie wiedziała i tak długo tłukła to zdanie, że postanowiłem je sobie ukraść i używać go na stałe 🙂

Dodaj komentarz