Polityka Życie

Kto nasikał do windy, czyli list do premiera Morawieckiego

Morwiecki i winda

Tak sobie siedzę z tym przeklętym kalkulatorem i nic mi się nie zgadza. Wychodzi mi, że Mateusz Morawiecki jest od 34 do 165 razy lepszym ode mnie człowiekiem. Tak sobie patrzę na przywileje polityków i przychodzi mi na myśl Tadek z mojego osiedla. Ten, który poświęcił rok życia na walkę z obeszczaną windą.

Bo pamiętam, że na naszym osiedlu był taki Tadek.

Więc (zdania nie zaczyna się od więc) był początek lat 90., na bazarze X-lecia można było kupić tureckie swetry, kurtki jedwabki, dżinsy piramidy i kolorowe bluzy z logo amerykańskich drużyn koszykarskich. Na straganach kupowało się kasety Sepultury i Top One – co kto wolał. Przed Pałacem Kultury można było się kręcić na skrzypiących karuzelach w Cricolandzie i strzelać z wiatrówki z krzywą lufą do zapałek i plastikowych piórek.

Przed blokiem siedziało się na trzepakach i grało w państwa-miasta starym scyzorykiem, na wydeptanej ziemi z kępkami żółtej trawy. A dla większych emocji, kiedy nie było już pieniędzy na karuzelę w Cricolandzie, można było pojeździć windą – z parteru na 10 piętro i z powrotem.

Problem w tym, że wtedy – w roku 1992 – te windy były zawsze obeszczane. Linoleum i imitujące drewno tworzywo na ścianach, to wszystko było mokre i śmierdziało. Codziennie.

Tadka bardzo denerwowały te obeszczane windy.

Tadek mieszkał w moim bloku i pełnił rolę kogoś w rodzaju osiedlowego głupka. Miał 50-parę lat, chorobę alkoholową i strasznie się jąkał. Poranki spędzał pijąc na śniadanie wino pod sklepem Społem, a potem palił z nami – dzieciakami – papierosy pod trzepakiem.

I wciąż gadał o tych windach.

Misją Tadka było to, by windy wreszcie przestały być obeszczane i żeby z osiedla znikły wszystkie psy. Bo to je Tadek obwiniał za mokre niespodzianki spotykane w blokowym środku lokomocji. Tak samo, jak nienawidził psów, nienawidził też wszystkich staruszek wyprowadzających na trawniki swoje kundelki, jamniki, mopsy i co tam jeszcze. Cała ta szczekająca i kudłata zgraja budziła jego obrzydzenie i to ją obarczał winą za wszystkie grzechy świata.

– Tfu! – spluwał na widok sąsiadek z jamnikami i biegł do klatki naklejać obwieszczenia nakreślone drżącą ręką i niebieskim długopisem. „ZAKAZ POSIADANIA PSÓW” – krzyczały wielkimi nagłówkami kartki rozklejane przez Tadka.

Na tych kartkach Tadek podawał się za „burmistrza osiedla” i pisał „przypomina się, że zgodnie z kodeksami prawa, posiadanie psów jest niedozwolone i karane karą egzekucji”. Jakoś z błędami ortograficznymi to pisał, ale już nie pamiętam jakimi.

Pamiętam za to, że część mieszkańców osiedla zaczęła z czasem przyznawać Tadkowi rację z tymi psami. No bo ile można znosić te obeszczane windy? Ludzie zaczęli się buntować i pisali jakieś pisma do administracji, żeby „zabronić starym babom trzymania kundli”.

Aż któregoś sierpniowego poranka moja sąsiadka zatrzymała windę na trzecim piętrze i przyłapała w środku Tadka in flagrante delicto, czyli z fujarą w dłoni.

To Tadek szczał w tych windach.

Szczał w nich codziennie, by ludzie znienawidzili te wszystkie kundelki i jamniki.

I teraz tak, panie premierze Morawiecki – mam do pana sprawę. Może to tak głupio, gdy skromny facet z internetu zwraca się wprost do szefa rządu, ale mam nieodparte wrażenie, że codziennie szczasz pan w mojej windzie.

Chciałbym, żeby pan przestał.

Z tym szczaniem to jest tak, że doszliście państwo do władzy przekonując Polaków, że jamniki, kundelki i mopsy z Platformy zanieczyszczają nasze windy.

Wystarczy nie kraść, pan mówił.
Wystarczy nie szczać, pan mówił.

I ludzie uwierzyli w te wszystkie wasze pisane drżącą ręką i niebieskim długopisem obwieszczenia na śmierdzących uryną klatkach schodowych i mamy to, co mamy.

Czy Platforma szczała i kradła? Oczywiście, że tak.

Ale, żeby być uczciwym wobec Tadka, muszę dodać, że w moim bloku w latach 90. znalazłaby się para staruszek z obolałymi nogami, które wyprowadzały swoje Kubusie i Reksie tylko do windy i z powrotem. I to tkwiło u zarania krucjaty Tadka. Problem w tym, że Tadek swoją krucjatę eskalował i sięgnął po nieczyste (sic!) zagrania.

Tak jak pan, panie premierze.

Miało być tak, że wystarczy nie kraść, prawda? Ale to pańska partia wydała 169 tysięcy złotych z moich pieniędzy podatniczych na usługi wizażu pani Beaty Szydło i jej koleżanek z rządu. I na puder dla pana, panie Morawiecki, też. Dla pana to poszło 49 tysięcy złotych za ten makijaż w trzy dni – nie wiem, co pan robi w tych ciemnych gabinetach w alejach Ujazdowskich, ale powiem panu, że niepokoi mnie to trochę.

Ja rozumiem, że wy wszyscy chcecie być tacy ładni dla Polski i Polaków. Że wasze upacykowane wizażowo (jest takie słowo?) twarze są najlepszym dowodem na Dobrą Zmianę. Że część członków pańskiego rządu kiedyś miała zęby brzydkie i brązowe, a teraz ma piękne, białe i błyszczące. Ale czy 550 złotych dziennie na pudry i szminki dla Beaty Szydło to nie za dużo?

Okazuje się, że nie. – Prawo nie zostało złamane – ogłosiła upudrowana za grube pieniądze Beata.

Tak, jak wcześniej ogłosiła, że te miliony złotych na nagrody się wam – Tadkom z windy – po prostu należały. O tych nagrodach, panie premierze, powtarzał się nie będę, bo pisałem już o tym tutajtutaj. Proszę sobie kliknąć.

Wystarczy nie kraść, prawda?

Albo pańscy koledzy z Sejmu, którzy razem z panem powiedzieli mi, że „wystarczy nie szczać”. A każdy poseł dostaje 170 tysięcy złotych rocznie na prowadzenie biura. Czepiam się, prawda? Przecież poseł musi mieć biuro i w nim pracować. W terenie, dla ludzi.

Tylko, że polski przedsiębiorca, który utrzymuje pana i ten cały pierdolnik, też musi mieć biuro, by w nim pracować. Albo warsztat. Albo inne miejsce pracy. I nie dość, że płacić musi za swoje, to jeszcze musi płacić na pana i pańskich kolegów.

Takiemu przedsiębiorcy pozwala pan łaskawie, panie Morawiecki, wrzucić w koszty działalności gospodarczej tak zwaną kilometrówkę. Dla samochodu o silniku poniżej 900 cm3 wynosi ona oszałamiające 52 grosze polskie. Dla samochodu o silniku większym: 83 grosze.

Czyli od podatku taki człowiek może sobie odpisać około 17 groszy na kilometr.

Na tyle wycenia pan koszt przejazdu przedsiębiorcy, który utrzymuje pana i tę windę, którą pan obsikuje. 83 grosze łamane na 17 groszy za kilometr.

A ile kosztuje kilometr przejechany przez pięknie uwizażowanych (nie ma takiego słowa) pańskich kolegów i koleżanki z rządu? Z raportu Najwyższej Izby Kontroli wynika, że za kilometr przejechany przez Dobrą Zmianę  podatnik musi zapłacić 28 złotych. Prawie 34 razy więcej niż pozwala pan przedsiębiorcy. A licząc to, co oszczędzi na podatku: 165 razy.

Uważa się pan za 165 razy lepszego od zwykłego faceta, który ma działalność gospodarczą i samochód?

„Średni koszt świadczenia usługi transportu samochodowego przez Centrum Obsługi Administracji Rządowej na terenie Warszawy w 2017 r. wyniósł prawie 28 zł za kilometr i był ponad siedmiokrotnie wyższy niż usługi świadczone na rzecz Kancelarii przez korporację taksówkową” – mówi raport NIK.

Kontrolerzy NIK też są dla pana łaskawi, bo taksówka w Warszawie kosztuje około 2 zł za kilometr. To 14 razy taniej.

Uważa się pan za 14 razy lepszego od zwykłego Polaka, który jeździ taksówką?

Pańscy koledzy i koleżanki z rządu – wystarczy nie kraść – jeżdżą za 28 złotych/km.

Pańscy koledzy i koleżanki z rządu – wystarczy nie kraść – malują sobie buzie za 550 złotych dziennie.

Ale spójrzmy jeszcze na pańskich kolegów spoza rządu (bo niestety nie wszyscy wierni partii się tam zmieścili). Na kolegów i koleżanki z Sejmu, za te 170 tysięcy na koszty biura.

Oni też lubią przejazdy.

Jeśli pan, panie premierze, weźmie do ręki globus to zobaczy pan na nim taką długą, poziomą kreskę. Dokładnie pośrodku. To równik. W rzeczywistości – nie na globusie – ma 40 tysięcy i 75 kilometrów długości.

Pan pozwala każdemu z 460 posłów całkowicie za darmo (czyli m.in. za moje) pokonać odległość 42 tysięcy kilometrów rocznie. To o 1925 kilometrów więcej niż obwód Ziemi. Liczę po stawce dla szarego człowieka – 83 grosze za kilometr.

Pan uważa, że obowiązki poselskie wymagają okrążenia naszej planety i za to my – podatnicy – powinniśmy płacić pańskim kolegom.

By pobrać te pieniądze z budżetu poseł nie potrzebuje przedstawiać szczegółowych rozliczeń – jak przedsiębiorca. Nie musi prowadzić rejestru, zbierać faktur i rachunków. Nie ma kontroli skarbowej. Wystarczy, że powie raz w roku w Kancelarii Sejmu „objechałem Ziemię dookoła, proszę mi wypłacić 35 tysięcy 103 złote i 60 groszy” i bum! Kwota wpada na konto.

Jak na przykład ten koszmarny poseł Andruszkiewicz, który nie ma ani prawa jazdy, ani samochodu, a rok w rok tym nieistniejącym wehikułem okrąża planetę i rok w rok przelewa sobie na konto te parędziesiąt klocków.

Panie Andruszkiewicz, proszę nie stawiać klocków w mojej windzie. Ja apeluję.

Wracając do pana, panie premierze. Pańscy koledzy i koleżanki dostają jeszcze pieniądze na: mieszkanie (2,2 tys. zł miesięcznie), bezpłatne bilety samolotowe, autobusowe i kolejowe. Dostają też z Sejmu nisko oprocentowane pożyczki. Oraz takie drobiazgi, jak kwiaty za 3,5 tysiąca złotych, jakie z moich pieniędzy kupował znany z romansu z modelką poseł Stanisław Pięta, pański kolega.

Uważasz pan jeszcze, panie Morawiecki? To nie koniec. Macie też ok. 30 tysięcy kwoty wolnej od podatku, co plasuje was pomiędzy obywatelami Niemiec i USA.

My, zwykli obywatele, mamy 3091 zł kwoty wolnej od podatku, co plasuje nas za obywatelami Zambii (3570) i Tanzanii (3960).

Czy uważasz pan – taką dajmy na to – posłankę Pawłowicz za 10 razy lepszą obywatelkę, niż obywatelki, które płacą podatki na jej michę?

Macie też, panie Morawiecki, bezzwrotne (uwaga!) zapomogi 2,2 tys. zł z powodu trudnej sytuacji materialnej… Pan wybaczy, panie Morawiecki, że się śmieję, mimo tego odoru w windzie. Macie tak trudną sytuację, że zapomogi musimy wam płacić.

Wystarczy, kurwa, nie kraść.

A kiedy wyborcy ocenią posła negatywnie i nie wybiorą go na następną kadencję, to płacą mu ponad 20 tys. zł odprawy, za to, że pracował źle i został z pracy wyrzucony. A potem on – były poseł, ale nadal pański kolega, panie premierze – przychodzi do kancelarii Sejmu i może ssać z podatniczego cyca 5 tysięcy złotych kolejnej zapomogi, bo biedak roboty nie może znaleźć. Zasiłek dla bezrobotnych ustanowił pan, panie premierze, na 831 złotych – tak tylko przypominam.

To są wasze przywileje, klaso próżniacza, wystarczy nie szczać.

Ja rozumiem, panie Morawiecki, że ja i inni obywatele musimy utrzymywać nasze państwo. Że musimy płacić podatki – naprawdę rozumiem. I płacę.

Mam jednak delikatny problem z tym, że za każdym razem, gdy przychodzi pan do mnie z łapą po pieniądze, to zastaję potem obeszczaną windę.

Pan jest jak ten Tadek z mojego bloku, albo ten sprytny lisek ze starego żartu. Nie zna pan? To opowiem.

W odległej wiosce, za górami i lasami, mieszkał sobie gospodarz, który miał kurnik. Co noc do tego kurnika przychodził sprytny lisek i pożerał jedną kurę, albo koguta – zależy na co miał ochotę. I tak to trwało latami, aż pewnego dnia gospodarz schwytał liska i zapytał:
– Czy to ty wyjadasz stopniowo mój drób?
Na co sprytny lisek odpowiedział:
– Nie!

A tak naprawdę, to był on.

 


Tekst powstał przy wsparciu Patronów.
A gdybyście i wy mieli ochotę rzucić we mnie monetą i wesprzeć moją pisaninę, to będę bardzo wdzięczny. Tu trochę o tym piszę. Jak chcecie, kliknijcie poniżej.


23 Responses

  1. Wyśmienity tekst o smierdzących sprawach. I tak łaskawy, odprawy emerytalne i utratę zniżek za bezwypadkową jazdę odpuściłeś. Dzięki za dobrą lekturę.

  2. Jak zwykle boleśnie celnie, ale zaczynam się zastanawiać, czy czytać kolejne teksty bo tylko bezsilny wkurw narasta.

  3. Ja tak tego Tadka od początku podejrzewałam bo go za dużo w tej opowieści było…a tak serio to miły autorze czy może wrzucać o innej godzinie na fejsa info??? Bo jak czytam przed spaniem to mnie kurwica trzepie a tak rano bym mogła kawe ominąć.

  4. Nie mam nic przeciwko temu, żeby posłowie dobrze zarabiali. To znaczy mam o tyle, że kiedy słyszę jak jeden z drugim gada bzdury, to aż chce się głąbów na płacę minimalną wysłać. Niemniej jednak rozsądek podpowiada, że byłby to przepis na jeszcze większą korupcję niż teraz.

    Natomiast profity wynikające z posłowania powinny być takie, aby poseł nie był odklejony od rzeczywistości. Powiązanie uposażenia z minimalną/średnią krajową to byłby krok w dobrą stronę. Poza tym poseł powinien mieć świadomość, że ostatecznie wyląduje z powrotem w realnym świecie, który jego głosowania kształtowały. Stąd ograniczenie liczby kadencji też nie byłoby głupim pomysłem.

    1. Lokowanie na intratnych stanowiskach rodziny i przyjaciół oraz nabijanie kabzy byle więcej i byle szybciej przynajmniej częściowo zapewne wynika z tego, że nie wiadomo czy po następnych wyborach skończy się życie ponad stan. Gdyby był limit kadencji, to w trakcie ostatniej już nic by nie hamowało przed grabieżą wszystkiego co nie jest przybite do podłogi (niekoniecznie w przenośni).

      1. @Filip Istnieje takie ryzyko. Jest też szansa, że intensywniejsza rotacja w ławach poselskich doprowadzi do tego, że zniknie coś takiego jak „zawód-poseł”. Może kiedyś wyczerpią się znajomi i krewni królika, a do parlamentu wejdzie trochę osób, które mają kontakt z rzeczywistością i przez większość życia zajmowały się czymś innym niż podnoszenie rączki wg widzimisię prezesa. Chodzi nie tylko o wiedzę i kompetencje w ten sposób wniesione (choć to oczywiście jest mile widziane), ale też o poczucie solidarności z grupą którą się reprezentuje. Na tym powinna polegać rola posła. Ma reprezentować wyborców. Zdaję sobie sprawę że wprowadzenie „outsiderów” nie gwarantuje jakości (kukizowcy i Trump to doskonałe przykłady dlaczego nie). Niemniej jednak nie będziemy wiedzieli dopóki nie spróbujemy. Kadencyjność AFAIK nie przyniosła do tej pory tak tragicznych konsekwencji jak inne proponowane rozwiązania, takie jak pozbawienie partii funduszy z budżetu (które doprowadziło do tego, że politycy stali się własnością lobbystów w USA), lub mityczne JOWy (przepis na permanentne zabetonowanie sceny politycznej).

        1. @Qba
          Czyli wychodzi trochę na to, że zmiany w formie niewiele zmienią, jeśli treść nadal będzie byle jaka. Społeczeństwo obywatelskie, mniej egocentryczne i potrafiące myśleć dalej niż do następnej wypłaty po prostu jest potrzebne żeby było lepiej, a żeby takie społeczeństwo powstało to musi być lepiej, i to najlepiej przez kilka pokoleń. Paragraf 22 przychodzi na myśl.
          Lub też ciut mniej elokwentnie, a za to bardzie dosadnie: Z gówna wiele nie wyrzeźbisz 😉

  5. Trafne, bardzo mi się podoba.

    i aż kusi, by przypomnieć o tym, że rozpieprzając taką kasę – nie znaleźli po 500 dla niepełnosprawnych. Bo „wystarczy nie kraść”…

  6. Obawiam się, że to my sobie pozwalamy sikać do windy. Niezależnie od tego czy wybierzemy prawicę czy lewicę zawsze będziemy robieni w balona. Bo nie chodzi o to, że polityk się zawstydzi przyłapany na kłamstwie. Chodzi o to, że on niezależnie od partii do której należy zawsze będzie kombinował ile może z tej grządki urwać. Bo może. I wie, że nic mu się z tego powodu nie stanie.

  7. Ale słabiutkie. Językowo i merytorycznie. Właśnie dlatego nie publikuję za dużo tego, co udaje mi się nabazgrolić. Nie chciałbym, żeby moją grafomanię czytał ktoś postronny. Autorowi tekstu hamulec się nie włącza. I mamy, co widać. Ot, czas internetowej swobody. Wszyscy mogą pisać. Tylko czy wypada?

    1. A jednak ten komentarz, nie zawierający pojedynczej konstruktywnej myśli, opublikować Ci się udało.

    2. Cieszę się, że nie publikujesz za dużo tego, co udaje ci się nabazgrolić. Taka samokrytyka to bardzo cenna rzecz w dzisiejszych czasach. Tym bardziej samokrytyka uzasadniona!

  8. I najciekawsze w tym wszystkim jest to, że jak „oni” kradną to (tutaj z naciskiem, że ciepła woda w kranie i przypomnij o ruinie) złodzieje, przez ostatnich 8 lat …. ale jak „my” kradniemy (wspomnij szczególnie, że zmieniamy kraj dla Ciebie, wspomnij, że już nie kradniemy, że przecież są pieniądze, nam się należało za ciężką pracę, jak każdemu, jak górnikowi co codziennie ryzykuje życiem), to dla Polski i Polaków, 500+.
    Borsuk „trzymiej” poziom, nie odpuszczaj, to się rewelacyjnie czyta, porównania trafne do bólu.

  9. Uwielbiam Twoje „borsuczenie” czytać od samego początku. Ale dzisiaj tą Sepulturą toś mnie już całkiem za serce ujął. Przesyłam przytulańca!

    1. Dokładnie tak samo zostałem ujęty 🙂 choć Sepa bez Cavalerów już nie taka sentymentalna… 🙂

  10. Jak tak można?
    Jeden z moich ulubionych dowcipów na puentę zużywać!

    Tekst jednak świetny (jak zresztą zwykle), więc zamiast się gniewać na zużycie żartu pozwolę sobie dodać kolejny do kolekcji.

    Co robi miś koala w czasie pożaru lasu?

    Płonie

    1. Bardzo elegancki dowcip. Tego nie znałem 🙂 Dziękuję za dobre słowo 🙂

Dodaj komentarz