Polityka

Kto pilnuje strażników, czyli afera Banasia

marian banaś who watches the watchmen

Who watches the watchmen? – to zdanie zapamiętałem ze starego komiksu. Podobno teraz jest już nawet z tego serial. Ale po co mi serial, jak ciągle i wciąż mam to wszystko w Polsce?

Kto pilnuje strażników?

Komiks „Watchmen” podobnie jak „The Boys” odziera komiksowych superbohaterów z majtek z błyszczącej lajkry i pokazuje ich brzydką twarz. Pokazuje, że wyidealizowane postacie herosów z lat 50. nie mogłyby istnieć w naszym świecie. I wcale nie dlatego, że strzelają z oczu laserami, fruwają, czy łamią inne prawa fizyki. Nie. Oni nie mogliby istnieć, bo w naszym świecie nie ma ludzi stworzonych z marmuru i kryształu. Są ludzie ułomni, źli i chciwi. Oba tytuły serdecznie polecam, ale skróćmy tę sentymentalną podróż do starego komiksu, bo przecież nie mieliśmy rozmawiać tutaj o superbohaterach. Wszyscy jesteśmy przecież dorośli i udajemy, że takie fajne rzeczy nas już nie dotyczą.

Mieliśmy rozmawiać przecież o Marianie Banasiu i partii słusznie rządzącej.

Kto pilnuje strażników?

W tej naszej pogoni za Marianem Banasiem – symbolem nieudolności służb specjalnych i naszej władzy kochanej – zapędziliśmy się już tak daleko, że umknęło nam to, co zawsze było tuż przed naszym nosem. To najważniejsze pytanie dotykające podwalin naszego państwa.

Kto pilnuje strażników?

Wszyscy skupiliśmy się na na tym burdelowym anturażu w kamienicy szefa NIK na ulicy Krasickiego w Krakowie. Na obwieszonym złotem gangsterze w hotelu na godziny wołającym „zadzwonię do Banasia” w reportażu TVN. Na politykach PiS, którzy – jak marszałek Senatu Stanisław Karczewski – określali Banasia „człowiekiem kryształowym”. Na pytaniach o możliwą optymalizację podatkową i błędy w oświadczeniach majątkowych. Na partii, która wsadziła swojego człowieka na jedno z najwyższych stanowisk w moim kraju, a potem broniła go, jak Karyna z dyskoteki Bajka w Mielnie broni Sebka.

Wiesz, znasz Sebka. Łysy taki, nerwowy.

Broniła go i stała za nim murem choćby nie wiem co. Krzyczała, że „łobuz kocha najmocniej”, pluła na psiarnię, gdy zawijała dobrego chłopaka i mordę darła na całe osiedle. Trwała przy nim kochająco i wiernie. Aż wyłapała taką lepę na ryj, że jej się odwidziało. I zamiast miłości pojawiła się nienawiść.

Wiecie, ci nasi politycy tak naprawdę są miękcy. Owszem, wydaje im się, że my nie pamiętamy do kogo tak naprawdę należy władza. I owszem, my czasem o tym zapominamy. Zapominamy o najważniejszym artykule naszej ustawy zasadniczej, o artykule czwartym mojego kraju. „Władza zwierzchnia należy do Narodu”.

Oni twierdzą, że władza należy się właśnie im i zachowują się jak Seba sadzący się po dzielnicy i ustawiający wszystkich dookoła. Albo – żeby daleko nie szukać – jak Wiesław K. chodzący po krakowskim Podgórzu z piłą łańcuchową. Ten od „dzwonię do Banasia”. Ten od pokojów na godziny w kamienicy szefa NIK. Ten sam.

Tylko, że z takimi Wieśkami i Sebkami jest tak, że oni się sadzą dopóki czują się pewnie. Dopóki czują, że mogą. I – co za zbieg okoliczności – tak samo jest z naszymi politykami. Kiedy media wsiadły na kark Banasiowi, kiedy coraz więcej obywateli zaczęło zadawać coraz więcej pytań, partia rządząca – jak Karyna z osiedla – zaczęła się niepokoić i zastanawiać. A potem dostała od swojego ukochanego taką lepę, że sama pobiegła na psiarnię.

Tą lepą, którą Marian Banaś wymierzył partii rządzącej, było jego przyspawanie się do stołka i odmowa podania się do dymisji. To był moment, w którym PiS postanowiło przyłączyć się do mediów i opozycji i zaczęło tego Banasia podgryzać. Prokuratura nagle wszczęła śledztwo w sprawie jego wielomilionowego majątku, CBA nagle zaczęło mieć do tego majątku zastrzeżenia, a Stanisław Karczewski przestał mówić o ludziach kryształowych.

Kamienica, którą podobno ubogi emeryt podarował w prezencie szefowi NIK znalazła się nie tyle na froncie wojny polsko-polskiej, co na froncie wojny polsko-banasiowej.

Banaś w tej wojnie polegnie i trącał go pies. On ciągle wyciąga z kieszeni różaniec i powołuje się na swoją bliską relację z bogiem, więc przypomnę tylko, że „prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niż bogaty wejdzie do Królestwa Niebieskiego”. I na tym może zostawię kwestię przyszłości Mariana Banasia.

To, o czym powinniśmy rozmawiać zawiera się przecież w pytaniu: kto pilnuje strażników?

To jest pytanie, które nam umyka chyba od początku tej całej afery banasiowej. Bo czym jest Najwyższa Izba Kontroli? To instytucja, która – przynajmniej w teorii – pilnuje naszych pieniędzy. Ma patrzeć na ręce politykom. Zaglądać w kieszenie szefów spółek skarbu państwa i ich protegowanych. Czy nie za łapczywie sobie tę kieszeń naszymi złotówkami napychają? Czy nie żrą więcej niż w stanie są przełknąć? Czy nie kradną zbyt wiele?

Nie mówię, że zawsze działało to doskonale, bo jeśli polityk wybiera swojego kontrolera to możemy spodziewać się pewnych patologii. Ale nieprawidłowości wskazywane przez prezesów NIK często powodowały, że politycy trochę mniej żarli, siłą rzeczy trochę mniej trawili i trochę mniej srali potem w nasze wspólne gniazdo.

Aż pojawił się Banaś.

Organ – cholera – konstytucyjny, który z przyjaciela władzy stał się tej władzy wrogiem. I zostawiając nawet na boku jego kamieniczne interesy, można by pomyśleć, że skoro jest teraz na wojnie z PiS, to ten PiS zacznie kontrolować tak, jak Seba Karynę, prawda?

No, nieprawda.

ksiązka nienawiśc.pl

Bo Karyna nie jest już taka głupia jak kiedyś. Jest już trochę przeżyta i trochę się nauczyła przez te miesiące z podbitym okiem. Karyna sama poszła już na psiarnię i zrobiła to, czego zrobić nie chciała wcześniej.

Karyna z Nowogrodzkiej spuściła ze smyczy służby. I one idą tropem Banasia. To, czego ABW nie zrobiła przez lata, to sprawdzenie podejrzanych kontaktów Mariana Banasia z gangsterami. To zbadanie domniemanych (na razie) przepływów finansowych pomiędzy nim, a braćmi K. – sutenerami z Krakowa. To prześwietlenie wielomilionowego majątku.

Dopiero teraz, gdy Jarosław Kaczyński wyłapał lepę od Banasia służby wkroczyły do gry. A co to znaczy? To znaczy natychmiastowe zawieszenie certyfikatu bezpieczeństwa, który pozwalał szefowi NIK mieć dostęp do wszelkich informacji związanych z podejmowanymi przez niego kontrolami. Czyli pozwalał szefowi NIK być szefem NIK.

Od dzisiaj szef Najwyższej Izby Kontroli może pełnić wyłącznie funkcję administracyjną. Czyli może m.in. poprzestawiać paprotki na parapecie, zorganizować jakiś patriotyczny występ zespołu Mazowsze, albo odsłonić tablicę z okazji 101 lecia Izby (to już w lutym).

Od dzisiaj nikt – nawet teoretycznie – nie sprawdza, jak politycy wydają twoje pieniądze. Nikt w NIK.

Kontroli po prostu nie ma. Po raz pierwszy nie ma jej nie tylko teoretycznie, ale już oficjalnie. I wreszcie znamy odpowiedź na pytanie: who watches the watchmen?

Bo wiceprezesem NIK jest teraz niejaki Dziuba Tadeusz. I to on najpewniej przez najbliższy czas będzie stwierdzał urzędowo to, co w założeniu miał stwierdzać Marian Banaś. Że politycy PiS to najuczciwsi ludzie na świecie.

Tadeusz Dziuba jest obok Jarosława Kaczyńskiego jednym z ojców-założycieli Porozumienia Centrum. I jednym z pierwszych członków Prawa i Sprawiedliwości.

Ciekawe, czy ma jakąś kamienicę?

 


Tekst powstał przy wsparciu Patronów.
A gdybyście i wy mieli ochotę rzucić we mnie monetą i wesprzeć moją pisaninę, to będę bardzo wdzięczny. Tu trochę o tym piszę. Jak chcecie, kliknijcie poniżej.

14 Responses

  1. Jedyny plus całej sytuacji jest taki, że to kolejna rysa na wizerunku prezesa-demiurga, który steruje swoimi bezwolnymi minionkami jak mu się podoba. Podejrzewam, że w tej kadencji przystawki zaczną mu coraz bardziej brykać…

    1. Marna pociecha, ale zawsze to coś.
      Z drugiej jednak strony, od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie pewna myśl.
      Życzę Prezesowi aby żył jak najdłużej i cieszył się dobrym zdrowiem, lecz nie da się ukryć, że to już nie młodzieniaszek. Nikt z nas nie jest wieczny. Ani ja, ani Borsuk, ani Quba, ani Jarosław. No, może poza Ojcem Wysokiego Ryzyka. Ten będzie żył w zdrowiu, szczęściu i pomyślności jeszcze przynajmniej 280 lat.
      Więc pomyślcie, jaka rzeź się zacznie w łonie PiSu, gdy Prezes utraci kontrolę nad tym towarzystwem. Gdy wszystkie przystawki zaczną sobie dowolnie brykać a spuszczone z krótkiej smyczy bullteriery zaczną sobie wyrywać poranioną ofiarę.
      Czyli nas.

      1. Złego ponoć licho nie bierze (choć casus Szyszki zdaje się temu przeczyć). Aktualnie bulteriery pisowskie gryzą każdego, kogo w zależności od humoru/sondaży/fazy księżyca wskaże prezes. Celem mogą być młodzi lekarze, nauczyciele, opiekunowie osób niepełnosprawnych, osoby LGBT, niewierzący, lewacy, liberałowie, wykształciuchy, związkowcy niewspierający władzy etc. czyli w praktyce każdy z nas. Osobiście wolę, żeby wreszcie sami się zaczęli sobie rzucać do gardeł.

  2. Dobry wieczór Borsuku,
    Wybacz mi truizm, ale przypomnijmy: polityka to jest teatr. Polityka nie ma nic wspólnego ze zdrowym rozsądkiem. Polityka to są czyste emocje. Wyborca ma czuć to co nam pasuje a nie się zastanawiać.
    Czy naprawdę wierzysz w oburzenie PiS? Czy wierzysz w szczerość ich wezwań do dymisji Banasia? Przecież taka sytuacja jest dla Jarosława bardzo korzystna. Banaś się zbuntował. (Choć tu też wymagane byłoby założenie, że zbuntował się szczerze.) No ok. Więc wykorzystajmy to. Z jednej strony pokazujemy elektoratowi, że jesteśmy bezkompromisowi i jesteśmy gotowi posadzić nawet swoich. Tacy jesteśmy kryształowi. Z drugiej pasuje nam sytuacja, w której my mamy szefa NIK, a NIK nie ma szefa. I NIK’t nie pilnuje strażników. Z trzeciej strony dzięki Banasiowi kręci się medialna karuzela i mniej osób patrzy na ręce Pani Marszałek Witek (Tej, która nie wie czym się zajmuje MSWiA, ale szybko się uczy.) A może właśnie teraz jakiś ciekawe ustawy przepycha się nocami przez Sejm? A ostatecznie – poczekajmy trochę. Zobaczymy w której radzie nadzorczej wypłyną Banaś & Syn. Bo że wypłyną – tegom pewien.
    Dobrej nocy,
    Stanley

    1. Stanley – a z czwartej strony PiS kombinuje jak tu ustawowo ograniczyć uprawnienia NIKu, przez dodanie możliwości odwołania prezesa.

  3. to mi się w głowie nie mieści. wybacz, ale zadam dziecinne pytania, bo w ogóle nic z tego nie rozumiem….
    co można z tym zrobić ? dlaczego tak to działa ? dlaczego siebie nawzajem obsadzają i właściwie robią co chcą…? dlavzego nikt im się do tyłka nie wgryzie…?

    i pisz częściej. pozdrawiam.

    1. Sorry, ale czego tu nie rozumieć? Że kontrolera też trzeba czasem kontrolować? Czy tego, że jak politycy wyznaczają swoich kontrolerów i kasa tych kontrolerów jest zależna od woli tych polityków, których Ci kontrolerzy mają kontrolować to taka kontrola jest do dupy?
      Słabo jest z edukacją w naszym społeczeństwie jak takich rzeczy się nie rozumie. Większość też nie rozumie na czym polega trójpodział władzy i dlaczego jest tak cholernie potrzebny. Dlatego zaraz go nie będziemy mieli.

      1. A może „kontrola do dupy” to feature, a nie bug? Wcześniejszy prezes NIK oskarżony jest o nadużycia przy obsadzaniu stanowisk a niedawno został ekhm… senatorem.

        1. Zapewne feature. Żyjemy w państwie teoretycznym – odkąd usłyszałem to od Sienkiewicza na taśmach od Sowy to nie mam cienia wątpliwości, że ta kontrola też jest teoretyczna. Nie wiem tylko czemu wtedy tak wszyscy parskali na to na wskroś prawdziwe stwierdzenie

        2. Mall – poprzedni prezes sam zrezygnował z przysługującego mu immunitetu, żeby sprawa mogła być wyjaśniona. I jak długo facet ciągle jest tylko oskarżony? Że 3 lata będzie, bo tak PiSowi jest wygodniej. Dzięki temu ciągle mogą go sobie brać do porównań: „a bo za PO… „

      2. Kontrolera powinny w pierwszej kolejności przetrzepac służby. I gdybyśmy mieli służby z prawdziwego zdarzenia, to Banaś nawet nie trafił y na stołek. Raczej od razu do prokuratury.

    2. Tak działa, ponieważ Polacy nie stosują taktyki francuskiej. Tej z rewolucji.

  4. Fajna analogia, natomiast reszta trochę oczywista. Przynajmniej dla mnie. Z rzeczy oczywistych warto zauważyć jeszcze, że to nie jest syndrom czasów wyłącznie obecnych i cazus wyłącznie Banasia i PiS. Oczywiście teraz poziom komedii (albo tragedii – zależy dla kogo) jest znacznie wyższy, ale trzeba być mocno naiwnym, żeby wierzyć, że np. za takiego Wojciechowskiego, jako prezesa NIK, ktoś faktycznie patrzył politykom na ręce. Obstawiam, że po prostu media były wtedy mniej sprawne albo mniej zdeterminowane, żeby przyłapać ówczesną władzę z ręką w nocniku.

    Inna sprawa, że jak sobie przypomnę jak Michnik się wyspowiadał publicznie z propozycji Rywina to sobie myślę, że może czasy faktycznie były trochę inne. Wyobrażacie sobie np. jednego z Karnowskich, który opisuje w swoim brukowcu „propozycję biznesową” złożoną przez jednego z kolegów z PiS?

Dodaj komentarz